1870 kilometrów oczyszczenia

Czas po powrocie to czas docierania. Gdy szykowałam się na wyjazd, wiedziałam że będzie w pewnym sensie MOCNY. Że da mi w kość, a tak dokładniej to w kolana. Brałam też pod uwagę pewną nostalgię, która być może będzie unosiła się nade mną jak poranna mgła , jednak nie przewidywałam, że przeżywanie wyjazdu w sferze duchowej będzie tak silne. I że w swej mocy będzie mimo tego takie spokojne i delikatne.

Dlatego cieszę się, że uczę się nie oczekiwać. Bo w inny sposób nie zaskoczyłabym się tak terapeutyczną mocą stepu i roweru – bo otóż moi mili państwo, ta para terapeutów bije na głowę wszystkich tych, którzy pochylają się nad leżankami w swoich gabinetach. Oni nawet nie zadają pytań. Ba! Ta para nawet nic nie powie. Może lekko zaszumi, uzupełniając zapętlający się dźwięk jadącego koła. Ale nie. Żadnej podpowiedzi, uwagi, wskazówki. Wszystko ja sama! Przecież dziewczyno, spójrz: wszystko masz w sobie i wokół, więc mamy Ci jeszcze coś pod nos podsuwać?
A nie trzeba, dziękuję.

Więc na początku trochę drapałam się w głowę, a trochę tą głową błądziłam i machałam raz w prawo, raz w lewo. Czasem w tył. Ale z radością i wdzięcznością, a nie jak często w życiu codziennym z tęsknotą. Bo na rowerze jakoś bardziej do ciebie dociera, że to wszystko płynie i mija, a ty pędzisz (pedałujesz) dalej. I możesz w tym pędzeniu być żołwiasto wolna, ale też szybka. Możesz też stać jeśli masz ochotę, ale nie zaczniesz pedałować w tył.

 

Stary dobry Notoroius B.I.G. śpiewał – sky is the limit. I ja podziwiałam to niebo przez cały miesiąc i próbowałam pojąć gdzie ta granica. Szyba nie zarysowana, jakby ktoś przeleciał się z gumką i wymazał wszystko, co psułoby przejrzystość i zasłaniało błękit nieba. I o to prawda numer jeden: to właśnie ja, to właśnie moja głowa. I tak jak niebo jest przejrzyste i bez limitu możliwości niczym nasze polskie sieci komórkowe, to taka właśnie jestem ja z moim obrazkiem celów i marzeń. Póki nie zakryję czarną kredką tego nieba, nie nabazgram wątpliwości, to możliwości mam na cały wszechświat.

Na niebie spokój, a na Ziemi? Najpierw gorąco nieubłaganie, tak, że pot cieknie po skórze a piach lgnie do mokrego ciała i nie chce zejść. Trzeba zdrapać. Ale potem nagle chłód, deszcz, śnieg, zimno i mróz, który kuje miliardem igiełek. Wręcz jakby ktoś ci mówił: hola koleżanko, kto cię tu zapraszał? Nie jesteś mile widziana. Ale jeśli tylko trochę te kąciki ust podniesiesz, oczy szeroko otworzysz i rozpalisz w sobie piecyk, to okaże się że całe zło też może stopnieć. Tylko tej upartości potrzeba w pakiecie z wiarą w siebie i w to, co przychodzi. Bo co przychodzi? Prawda numer dwa: Kazachstan to ty.

Tak! Jedziesz właśnie przez trasę swojego wnętrza. Prosto do serducha, centrum dowodzenia, do umysłu, duszy, i wszystkich innych dowodzących, którzy prężnie cię tworzą. Najpierw jest fajnie, ekstra, gorąco niczym hot summer, ale potem zaczyna się ciężej, bo docierasz głębiej. Tam nie ma już pomocnego słońca, błądzisz po omacku, sygnał GPS nie dociera, a stare sprawy nie lubią jak ktoś do nich puka w środku nocy i karze opowiadać. – Śnieżyca jest, nie otwieram. – To dobrze, ja posiedzę i poczekam. Upartość lwicy pomaga i po kolei otwierają się drzwi, za którymi kryją się dawne historie. I leci krew, bo rozdrapujesz kolejne rany. Ale to dobrze, bo w ten sposób robisz miejsce na nowe. Odtykasz zatkany zlew, otwierasz korek, dajesz temu przepłynąć. Ze spokojem możesz patrzeć jak to co zainfekowane, zmęczone odpływa, a przychodzi to silne. Dlatego krwawiłam i płakałam. Nie był to ryk, to była fala oczyszczenia. Dałam się oczyścić.

 

Gdy jesteś oczyszczona, to jest ci lżej. Jakbyś właśnie wyszła od fryzjera, świeże końcówki przyjemnie łaskotały w ramiona, a włosy przy nasadzie lewitowały. Jakbyś właśnie wróciła do domu z zakupów i zrzuciła wszystkie cholernie ciężkie torby. Jakbyś po trudnym i gorącym dniu mogła w końcu wieczorem napić się zasłużonego (i obowiązkowo schłodzonego) piwa. I gdy barki ze spokojem opadają, to możesz coś przyjąć. Jesteś gotowa.

I ja przyjęłam dobroć emanującą jasnym ciepłym światłem, które osadzało się w powietrzu i zaglądało do oczu moich i ludzi wokół. Ludzi wokół. Bo właśnie to ciepło związane było z osobami, które spotkałam, poznałam i wchłaniałam każdym centymetrem ciała i duszy. I gdybym mogła, to bym zlepiła z nich wszystkich jedną wielką masę i z całych sił przytuliła. Bo to się wszystko tutaj zamyka: w ludziach i w tym, co razem tworzymy. Dlatego lekcja numer trzy: Więź i wspólnota. Bo to jest ten limit, który daje ci brak limitu. I wspaniałe możliwości. Bo wokół tego kręci się życie, kręcisz się ty i twoje działania. I mimo tego że byś się bardzo upierał, nie uwierzyłabym w to, że chcesz sobie ten dar odebrać. Dar prawdziwej wspólnoty, przebywania z ludźmi, zawieszania na sobie sieci emocji i więzi. Niczym w przedszkolu, gdy biegałeś po korytarzu z pamiętnikiem pełnym pustych kartek, a wychodziłeś z zeszytem wypełnionym ludźmi, uczuciami oraz zużytymi kredkami. Bo chcemy mnożyć to co dobre i opowiadać o szczęściu na okrągło, a potrzebujemy dzielić się tym, co nas boli i uwiera. Bo to  oczyszcza, napędza i pozwala płynąć energii dalej.  Teraz jeszcze mocniej czuję, że żyję po to, aby mój głos powodował, że ludzie wstają i działają. Że wierzą. Żebym mnożyła tę dobroć i szczęście, które przeżywam i dzieliła smutek, by zmniejszyć jego moc.  Bo w końcu, ktoś mi dał ten cholery pusty pamiętnik, abym wypełniła go miłością innych i spore pudełko kredek, abym ja na te samotne kartki przelała życie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *