Praktykuj świadomość samej siebie

Świadomość samej siebie jest dla mnie hiper ważna. Wałkuję ją już od pewnego czasu, urabiam rękoma i podsypuję mąką z nadzieją, że ciasto będzie w końcu sprężyste, a nie klejące. Czuję, że samoświadomość ma się coraz lepiej, ale nadal pozostają w niej nieprzetarte przeze mnie szlaki.

Początki

Na początku podeszłam do niej z emocjonalnie. Na dzień dobry zajrzałam do duszy – zaczęłam pisać poranne strony, aby strumień świadomości wylewał się na kartki czarnym atramentem. Wskakiwałam w swoje ukryte ja podczas medytacji i starałam się być w magicznym tu i teraz podczas praktyki nic nie robienia. To wszystko zaczęłam uzupełniać także terapią.

Pierwszy kęs ciasta zasmakował, dlatego z chęcią sięgnęłam po więcej. Niedługo później przyszła ukochana świadomość ciała. Wierzę, że istnieje kabelek łączący ciało i duszę, poza tym uwielbiam uprawiać ruch i być aktywna. Od maleńkości fascynował mnie taniec, do którego stosunek dojrzał wraz z moim dojrzewaniem. Zaczęłam więc z torbą pełną ciekawości chodzić na przeróżne warsztaty, ucząc się świadomości. Dostałam słownik, dzięki któremu nie tylko zaczęłam rozumieć, co ciało do mnie mówi, ale także co mu na to wszystko odpowiedzieć. Nauczyłam się też, że moje kości, skóra, narządy nie tylko mówią – mają też dobrą pamięć. Cholernie dobrą!

Wszystko, o czym napisałam, jest dla mnie bardzo ważne. Czuję, że coraz rzadziej odrywam się od siebie i zyskuję potrzebną świadomość. Most między mną, a mną ma się całkiem klawo, ale…

Zrozumienie

no właśnie, magiczne ALE

Dotarło do mnie, że skoro wiem, że moje działania wpływają i na ducha i na ciało, a ja sama się z tym owym i tamtym połączyłam, to wypadałoby zacząć ciąg przyczynowo-skutkowy.

Tego olśnienia nie dostałam podczas medytacji. Dostałam je podczas rozmowy z Bartoszem, osteopatą, który olaboga, rozplątał mi największy życiowy problem, z którym nie umiałam sobie poradzić od 15 lat (ale to opowieść na inny wpis).

Z Bartoszem rozmawiałam o swoich jelitach, które są napięte i ściśnięte tak mocno, jak gdyby cały czas boksowało je tysiąc uczniów szkoły bokserskiej. Dostałam jasną wskazówkę, aby sprawdzić czy ja sama im nie robię krzywdy. Jak? Krzycząc SPRAWDZAM do swojego życia. Miałam sprawdzić swoje relacje, otoczenie, warunki i poziom stężenia stresu we wnętrzu. Zaczęłam zmieniać nawyki jedzeniowe (np. dodając do jadłospisu ukochane kiszonki!), coraz konkretniej analizowałam relacje, stawiając na działanie a nie ciągłe gadanie i rozpoczęłam rozkładać nastawienie na czynniki pierwsze. Wyszłam z wizyty u Bartosza z poczuciem, że pora coś zmienić, bo inaczej nigdy nie zaznam życia bez wiecznego ścisku w brzuchu. A możecie wierzyć lub nie, problemy z którymi się zmagam, od 15 lat decydują jak wygląda moja codzienność. I nie, nie jest to fajne.

Dbanie o siebie

Zaczęłam zmieniać sposób żywienia – nie diametralnie i nie na RAZ. Przeczytalam książkę Jelita wiedzą lepiej aby dowiedzieć się jaką wiedze skrywają w swoich zakrętach. Z każdym kolejnym posiłkiem coraz większą uwagę skupiałam na tym, co jem i jak to działa na organizm. Próbowałam łączyć fakty jedzenie-złe/dobre samopoczucie, jedzenie-energia/jej spadek.

W międzyczasie natrafiłam na przecudny kalendarz Naturalnej Bogini. Zobaczyłam stories Blimsien i nad głową zapaliła się ogromna żarówka z żółtym napisem TEGO WŁAŚNIE POTRZEBUJĘ! Kupiłam dwa, bo czuję obowiązek dzielić się dobrymi narzędziami do dbania o siebie, więc drugi podarowałam przyjaciółce.

Kalendarz jest na 2019 rok, kupiłam go w grudniu i przez ostatnie dni w roku naprawdę CZEKAŁAM. Czekałam i czułam jak zbliżam się do przełomu i zmiany – do budowania prawdziwej świadomości, poprzez codzienną uważność.

Od stycznia jestem więc uważna. Serio serio. Noszę w sobie codzienną świadomość nie tylko swojego stanu emocjonalnego, zakresu ruchowego i samopoczucia ciała, ale także stricte mojego organizmu. Każdego dnia notuję o której poszłam spać/o której wstałam, zliczając godziny spędzone w objęciach Morfeusza. Bazując na osiągnietej już świadomości tego co mam i czego potrzebuję, ustaliłam sobie cele osiędbaniowe. I staram się o nie zadbać i je osiągnąć! Nie dlatego, że to zawody i głupio byłoby przegrać. Dlatego, że wiem, że tego mi kurde trzeba. Gdy tylko coś się zmieni, zmienię też cel.

Uważność w codzienności

Oprócz snu, wypisuję także ilość wypitych szklanek z wodą i wypróżnień. Ano, właśnie – nie wiem czy zwracasz uwagę na te aspekty i czy w ogóle są one dla ciebie istotne. Uważam, że to są tak podstawowe potrzeby fizjologiczne, że warto dawać im należytą uwagę – ja przynajmniej się staram, między innymi ze względu na problemy jelitowe. W końcu wszelkie anomalie związane z kupą (i gdy jej za dużo, i gdy nie ma jej kilka dni) są bardzo ważnym sygnałem dla organizmu. I często związane są także z nawadnianiem. Ja osobiście bardzo chciałam zbadać co z jedzenia mi służy, a co nie, zyskując tym samym regularność i spokój, bo albo wszystko jest wporządku, albo w porę orientuję się, że coś wymaga zmiany.

Jako że kalendarz trafił w moje ręce w zimę, jednym z celów stały się też ciepłe śniadania, które zdecydowanie poprawiają początek dnia. Zauważyłam, że dzięki temu wprowadzam urozmaicenie w skali tygodnia, a nie miesiąca (bo we wcześniejsze zimy coś ciepłego jadłam dosyć rzadko). I tak, staję się coraz kreatywniejsza w kuchni!

Na kartkach kalendarza wypisałam też moje poranne i wieczorne rytuały. Po co? Aby je sobie uświadomić, trzymać się ich jeśli faktycznie działąją albo je zmienić. Część rzeczy robię już automatycznie, zupełnie odzierając je z refleksji. Nie zastanawiam się nad tym jak działa na mnie dana czynność i czemu ma służyć, nie wrzucam ich do szufladki świadomość. Gdy wypełniałam puste wersy pod tytułem Rytuały zaczęłam w końcu myśleć o tym, że poranna medytacja, czy wieczorny masaż/czytanie książki wpływa na mnie lepiej niż przyklejony do ręki telefon lub zasiadanie do pracy od razu po wstaniu.

Na poważniej zaczęłam traktować także pielęgnacje zarówno ciała, jak i samopoczucia – najpierw pomyślałam o tym, czego potrzebuję i co po prostu robi mi dobrze a potem orientacyjnie spróbowałam zliczyć,ile sobie tej dobroci dawkuje w skali miesiąca. Zobaczyłam w ten sposób o co dbam, a co pomimo moich potrzeb, jeszcze szwankuje. Od teraz każdego dnia piszę czym i w jaki sposób chce się zająć i czym faktycznie się zajęłam. Czy czeka na mnie spotkanie pisarskie, idę na warsztaty ruchowe, a może mam ochotę odpalić głośnik i skakać po skrzypiącej drewnianej podłodze. Ten (po)ciąg myślowy doprowadził mnie między innymi właśnie do spontanicznego tańca w domu. Gdy mam spadek energii albo gdy mam jej zbyt wiele, aby pomieścić ją w sobie, włączam nuty grające w aktualnym rytmie serca i po prostu tańczę!

Fun fact: gdy pisałam sobie, co robi mi dobrze, spod długopisu wyszło słuchać muzyki – a o dziwo, w słuchawkach nie leciało nic od ponad tygodnia! To jak to w kocu jest? Lubię, ale nie mam czasu? Na słuchanie muzyki?

Wdzięczność

To, co jeszcze praktykuję codziennie, a nie hopsa, raz na 2 miesiące, to wdzięczność. Czyli właśnie, na koniec dnia, uświadamiam sobie za co dziękuję. Wypisuję trzy rzeczy/nie-rzeczy, daję im chwilę w mojej głowie i serduchu. Ta praktyka otula mnie równie mocno jak mój ulubiony pluszowy koc. A może nawet bardziej!

Wypisywanie wdzięczności może brzmi banalnie, ale jeżeli tylko masz dni, w których czujesz, że NIC się nie wydarzyło/NIC dobrego cię nie spotkało, to jednak w ten sposób udowadniasz sobie, że a i owszem, masz za co być wdzięczna. Budujesz w sobie świadomość, nie zapominasz o tych wspaniałościach, które się wydarzyły. I co jest najpiękniejsze? Że to może być tak drobne jak ładny kwiatek, który zobaczyłaś na spacerze, smak herbaty, którą delektowałaś się w domu lub kawiarni, czy widok zachodzącego słońca w drodze do domu. Często to właśnie tego typu chwile wypisuję na koniec dnia. To one pojawiają się jako pierwsze. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu to one kolorują mnie od środka.

Te wszystkie działania w moim przypadku działają. Czuję się pełniejsza, spaceruję po ścieżce harmonii. Szeroko się uśmiecham, lubię gdy kropki się łączą, a żarówka nad głową świeci mocniej niż domowe ledówki. Kalendarze Naturalnej Bogini niestety dawno już opuściły magazyn, ale wiem, że niedługo pojawi się planer Plan na Dobrostan. Poza tym, może właśnie zrobienie swojego kalendarza/notesu/planeru będzie tym, co będzie ci najbardziej odpowiadać?

Zachęcam cię, abyś spróbowała. I jeżeli spróbujesz, abyś podzieliła się wrażeniami!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *