Mikrodziałania, które umilają mi codzienność

Są takie działania, nawyki, w które nie muszę wkładać ogromnych pokładów energii, a które dają mi naprawdę dużo. Mówię o nich mikrodziałania. Niektóre z nich trwają  dosłownie ułamki chwili w skali całego dnia, a część z nich po prostu łatwo wykonać. Niestety nie zawsze łatwo idzie w parze z praktyką, bo lubię zasypywać się stertą spraw, które odganiają mnie od tego, co ważne. Staram się jednak pamiętać o niżej wypisanych mikrodziałaniach, bo w moim przypadku działają. Może część z nich działa lub będzie działać w twoim przypadku. 

mikrodziałania-spanie nago

Spanie nago

Ręka w górę- kto śpi nago? Mi przez lata było ciężko dotrzeć do tego aspektu. Ciężko, bo co roku na święta dostawałam od mamy grubą piżamę, do której w lato często dołączała bardziej zwiewna wersja. Poza tym dzieliłam pokój z siostrą, a ciało traktowałam jako najwyższy poziom prywatności. 

Od kiedy mieszkam z osobą, z którą łączy mnie relacja intymna, śpię nago. Czasem w chorobie/zimę robię sobie wyjątki albo po prostu zakładam grube skarpety. Zaczęłam to robić dosyć intuicyjnie, po prostu przyszła potrzeba i chęć, a ja za tym podążyłam. W ten sposób skóra w końcu może odpocząć i oddychać na równi z nami. Jedynie co ją blokuje to kołdra.

Nie tylko zauważyłam, że śpi mi się w ten sposób lepiej, ale że mam lepszy kontakt z własnym ciałem. Zamiast dotykać bliżej nieokreślonego skrawka materiału, snuję rękoma po brzuchu, dotykam ramion lub chowam dłonie między uda. Mam ze sobą kontakt! Może wydać się to absurdalne, ale myślę, że za mało go mały. Za mało się sami dotykamy. Nie poświęcamy wystarczającej ilości czasu, aby się badać. Gdy śpię bez ubrania, obserwuję siebie, doświadczam struktury skóry: czy jest chropowata, wysuszona, miękka, delikatna. Wyczuwam włoski, pieprzyki, znamiona, których wcześniej nie widziałam. Czuję się swobodnie i ze swobodą poznaję siebie. 

Picie ciepłej wody. I generalnie picie!

O ciepłej wodzie wspominałam także przy porannych rytuałach, bo jest to coś, co mnie nastraja i pozwala delikatnie przebudzić się i przygotować na kolejny dzień. Ciepła woda jest dla mnie szczególnie ważna w zimę, bo to właśnie dzięki niej nie wychładzam się jeszcze bardziej. Podwyższona temperatura działa zresztą uspokajająco – rzadko piję taką wodę chaustem, na raz. Raczej się nią delektuję (na tyle, na ile można delektować się smakiem wody). Jeżeli tylko nie zapomnę, do kubka wrzucam plasterek cytryny i wtedy poziom zadbania o siebie podskakuje na jeszcze wyższy poziom!

Generalnie staram się też, po prostu pić. Jest to ogromnie ważne, ale szczerze, nie będę proponować ci wypijania 2 litrów wody, czy 5 szklanek. Myślę, że najważniejsze to słuchać siebie i po prostu o tym pamiętać. Po prostu, choć pamiętanie o tak z pozoru banalnej sprawie jak nawadnianie, nie jest wcale takie proste. Moja przyjaciółka nie potrafi zbudować w sobie tego nawyku. Gdy byłam u niej na wakacjach i machałam przed jej nosem butelką z wodą, budziła się i przypominała sobie o kolejnym łyku.

Jeżeli chodzi o mnie, to nie piję na siłę. Mam zawsze ze sobą butelkę termiczną, która rozwiązuje problem znalezienia wodopoju i kupowania plastikowych butelek. Gdy robię dużo, gdy mam stres, gdy gadam jak najęta – piję i zapewne piję więcej, niż wtedy gdy mam dzień na kanapie. Reaguję na potrzeby i jestem na takim etapie, że część z nich jest dla mnie czytelna. Jeżeli sama masz z tym problem, myślę, że najlepiej byłoby wybrać się do specjalisty, ocenić stan zdrowia i zapotrzebowania.

mikrodziałania-rozciąganie

Rozciąganie

Jeżeli chodzi o rozciąganie, to wcale nie mam tu na myśli godzinnej zaawansowanej serii jogi z zawstydzająco wyciągniętą kobrą, czy naprężonym psem. Choć myślę, że fajnie byłoby wejść na wyższy poziom asan, to nawet parę minut ćwiczeń, które rozbudzają umęczone przeze mnie strefy, są wybawieniem. A wiem, że nie tylko ja mam momentami problem z perfekcjonizmem, który stuka się w czoło i mówi No ale jak już masz robić ćwiczenia, to przynajmniej godzinę. No i dupa.- odpowiadam. Będzie jak będzie. Dam tyle ile mogę, nie ma innej opcji. Ale z czasem okazuje się, że to, co daje, jest wystarczające. A nawet jeśli nie, to i tak jest wartością dodaną.

Dlatego rano po ciepłej wodzie i porannych stronach, rozkładam kazachską matę i robię to, co mówi mi ciało. Są to przeważnie te same ćwiczenia, chyba że najdzie mnie dzika fantazja, aby spróbować czegoś nowego. Najważniejsze jednak, że jednogłośnie z ciałem stwierdzamy, że to działa i jest nam lepiej. Mniej boli, znikają napięcia, nie jestem sztywna i mniej się wkurzam (to jest zaleta nr 1). Zajmuje mi to mniej więcej 10-15 minut, gdy mnie porwie – 30. Rozciągam szyję, klatkę piersiową, otwieram miednicę, rozluźniam napięcia w łydkach i pośladkach. Pracuję w pozycji siedzącej i wszystko co robię, jest niezwykłym balsamem dla ciała. 

mikrodziałania-medytacja

Medytowanie

Relacja z medytacją była i jest u mnie różna. Jestem w niej zauroczona, ale czasami, po prostu, to nie jest kurwa ten dzień. A czy może właśnie to najlepszy dzień, aby się wyciszyć? Wiem jedno, bywa różnie. Nie przeszkadza mi to jednak. Poznałam medytację lepiej podczas spotkań z mantrami, które działały na mnie całkiem orgazmicznie, bo otoczona byłam dźwiękami bębnów i innych mniej znanych mi instrumentów. Wspólnie śpiewaliśmy, a wytwarzane wibracje miło łaskotały gardło i wibrowały w moim wnętrzu. Od kogoś jednak usłyszałam aby nie myśleć. I czar prysnął. No bo jak nie myśleć?! To przecież istna pułapka. Równie dobrze mogłabym usłyszeć tylko nie odwracaj się w lewo a moja szyja mimowolnie już skręcałaby się z całą ciekawością. W ten sposób więc część spotkań spędziłam na trzęsieniu blond włosami. I tak, myślami odwracałam się – zaglądałam wstecz, zastanawiając się nad tym czy zamknęłam lodówkę, a potem przychodziły myśli o planach obiadowych, najblizszym spotkaniu czy pewnych rozterkach. Widziałam siebie, która wchodzi do myślowego pierdolnika i krzyczy z desperacji NIE MYŚLEĆ, MAM NIE MYŚLEEEEĆ!

Koło ratunkowe zarzucił mi Ven Chai, mnich którego poznałam w Tajlandii i u którego wraz z przyjaciółką byłam na 3 dniowym kursie medytacji. Może nie wypada tak mówić, ale- to była jazda. Zbiór czynników sprawił, że potrafiłam przez 70 minut odlecieć w przepiękne krainy własnego ja, mając w dupie myśli-nie-myśli i rozumiejąc bardzo wiele. Te godziny zlatywały mi jak kwadrans. Byłam pełna podziwu dla tego, co się otwrzyło. Ven Chai wyjaśnił, że nie chodzi o to, aby nie myśleć. Chodzi o to, aby to puszczać. Te słowa wywołały u mnie wytrzeszcz objawienia i wielką radość. Monkey mind, jak mówił, jest rzeczą normalną i pewnie będzie towarzyszyć przy każdej medytacji (choć nie musi). Rzecz w tym, aby się na tym nie skupiać, zauważyć każdą pojedyncza myśl ze stada i po prostu puścić je wolno, dalej. Magiczne let it be jest ze mną od tamtej pory i stosuję je również w życiu codziennym. Napinanie ciała i umysłu nie pomaga w końcu się zrelaksować i daje odwrotny efekt, od tego, który sobie zakładamy zaczynając medytację. Ven chai dał mi także inną ważną radę – zawsze, gdy przychodzą złe myśli, wypuszczam je silnie poprzez wydech nosem. Z wdechem zapraszam wszystko co dobre. Metoda pomaga, ale szczególnie w momencie zimy, warto mieć ze sobą chusteczkę lub wyczyszczony wcześniej nos, by razem ze złymi myślami, z nosa nie wyleciało coś więcej.

Obecnie medytuję tak, jak potrzebuję danego dnia. Staram się to robić zawsze rano lub ewentualnie o innej porze, w której jestem sama. Ograniczam w ten sposób rozpraszacze i myśli typu kurde, czy on się teraz na mnie patrzy? Chyba głośno oddycham? Mój chłopak śpi albo go nie ma, a ja mam jedną z rozterek z głowy. Nie liczę czasu, czasem po prostu oddycham i sprawdzam jak głęboki oddech mam danego dnia, czasem po prostu skanuję ciało, nazywając to co czuję, czasem to łączę, a innego razu po prostu się wyciszam. Chwilę to zajęło, ale wiem, że najważniejsze jest to, że TO robię. Medytacja jest dla mnie prawdziwą wartością i nie potrzebuję odpowiadac na zarzuty ze swojej strony, czy robie to wystarczajaco dobrze.

mikrodziałania-spacer

Łażenie

Jeśli mnie znasz, to wiesz, że jestem słowiańską Pocahontas. A jeśli nie, to cię informuję. Jako słowiańska Pocahontas uwielbiam… spacerować! Uwielbiam wychodzić z domu i zwiedzać okolicę. Gdzieś z dala od blokowisk, szumu samochodów. Nie bez powodu mieszkam na obrzeżach Warszawy, bo w centrum po prostu bym zginęła. Witalne soki rozlałyby się po asfalcie, a ja nie potrafiłabym wstać. Praca w domu wymaga ode mnie, abym miała w swoim zasięgu naturę. Choć jej namiastkę, jakąś miłą część! I dawkuję ją sobie, gdy tylko komputer zaczyna parzyć, a słowa nie chcą pojawić się w głowie. Spaceruję gdy woła mnie piękne słońce, rozpiścierają się chmury albo gdy brakuje mi powietrza. Chodzę w te same miejsca by zobaczyć je w nowej odsłonie lub próbuję poznać nowe. To jest proste, łatwe. Nie wymaga ode mnie więcej, niż wstanie i ubranie się. A daje naprawdę wiele. Wietrzę głowę, wietrzę duszę, rozprostowuję nogi, daję im ruch, a ciału swobodę. Daję sobie zmianę i dystans. Naprawdę, nawet krótki spacer daje mi potrzebne wytchnienie i pozwala wrócić do domu jako odmieniona wersja mnie. W skali mikro, ale to wystarcza. Czasem tyłek ładuję na rower i robię to samo. Ach, jest to dla mnie prawdziwa rozkosz!

 

mikrodziałania- otulanie się kocem

Kocykowanie

W tamtym roku ostatecznie się zaparłam. Zamieniłam się w małą Adelę, która tupnęła nóżką (przysłowiowo, bo leżałam wtedy w łóżku) i powiedziała chcę pluszowy kocyk! Brzmi absurdalnie, ale tak było i jest- mam go. I o dziwo, w Bożenarodzenie pojawił się drugi kocyk. Może brzmi to śmiesznie, ale są momenty, kiedy po prostu chcę owinąć się w kokon i wegetować. Ok, dojrzewać. Po prostu być w cieple, w przeuroczym nic-nie-robieniu i do tego potrzebuję też cielesnej przyjemności. Stąd pojawił się u mnie pluszowy, miły kocyk, który pociesza mnie w zimne i dupne dni, ale także wtedy gdy przychodzi pani miesiączka, a ja chcę pobyć sama ze sobą. Bo to są momenty, w których nie chcę łazić po całym domu, zastanawiając się jak się otulić i zrobić sobie dobrze. Potrzebuję wtedy pogotowia ratunkowego, które jest w zasiegu ręki. I gdy mam taki moment, to po prostu kocykuję. Uwijam sobie gniazdko, wciskam się do kokonu i sobie jestem taka, jaka jestem. Ot, bez większych refleksji. Czasem homikuję tam jakieś pyszności lub przemycę książkę. Nieistotne. Istotne, że jest to moja strefa bezpiecznego zen i mogę bez wyrzutów spędzić tak tyle czasu ile potrzebuję. I to jest kluczyk – pozwalam sobie na to i nie wyjmuję potem z szafy skórzanego bicza, aby się ukarać. Tak po prostu bywa. I przynajmniej w moim przypadku, jeżeli to stłamszę, to dostanę później z nawiązką.

mikrodziałania - czytanie książki przed snem

Czytanie książki przed snem

Od pewnego czasu coraz mniej czytam w komunikacji miejskiej. Jestem typem obserwatora i jazdę po mieście traktuję bardziej jako okazję do obserwacji, patrzenia, a może nawet czystego szaleństwa – interakcji z innym podróżującym. Przez to (lub dzięki temu), potrzebuję nowego czasu, aby czytać. I robię to przeważnie tuż przed snem. Staram się w ten sposób wyciszyć – odkładam telefon gdzieś, gdzie muszę się wygimnastykować, aby po niego sięgnąć, komputer zostawiam w biurowym kącie, ukladam się w łóżku i czytam! I tak, sen łatwiej mi w ten sposób przychodzi, o czym świadczą momenty, w których zaczynam zasypiać podczas czytania. Jeżeli czytam, to nie gapię się na jasny ekran telefonu, nie bombardują mnie różne hałasy, a ja mam chwile sama dla siebie. Często na wieczór wybieram też książki, które w jakiś sposób działają inspirująco, otulająco. Tak właśnie, abym mogła łatwiej i łagodniej trafić w objęcia Morfeusza.

lampka nocna - wygaszanie świateł na wieczór (mikrodziałania)

Wygaszanie świateł na wieczór

Wygaszanie świateł działa na mnie podobnie jak czytanie książki przed snem. Po prostu mnie koi. Daje znać głowie, że zaraz odpłyniemy w krainę snów, a nie wyruszymy wojować świat. I choć wydaje mi się, że jest to działanie dosyć intuicyjne i domyślnie, to warto o tym wspomnieć. W moim poprzednim mieszkaniu nie było lampek! I ja w sumie nie mam żadnej. To stanowiło małą przeszkodę, którą pokonałam zapalaniem światła w kuchni, a gaszeniu w sypialni. Z tego powodu do mieszkania zaprosiłam słynne lampki z Biedronki, które tak, zrobiły robotę. W nowym mieszkaniu rzeczą, która naprawdę dała mi radość, była lampka nocna przy łóżku. Bo właśnie ostatnie chwile przed snem, najlepiej spędzam przy lampie, świecących światełkach. Prawie w mroku. Automatycznie ciało zaczyna się relaksować, staje się senne, oczy się odprężają, a ja, bez niepotrzebnego szoku, idę spać.

Się-masowanie

Najchętniej oddawałabym się w czyjeś ręce. Padała plackiem na łóżku, odpływała przy kojącej muzyce, pozwalając wilgotnym od olejku rękom masować, masować i jeszcze raz masować. Rzeczywistość wygląda jednak zgoła inaczej i nie musi wcale znaczyć, że wszystko stracone.

Kiedy zrozumiałam, że regularne odwiedzanie masażysty moze być trudne (choć podtrzymuję, że warto to robić), doceniłam wartośc wykonywania masaży samej sobie. Zatrudniam czasami do tego chłopaka, jednak wiem też, że on nie zawsze  może mieć na to ochotę ani siłę. A ja, kto jak kto, znam trochę swoje ciało i wiem, czego potrzebuję i gdzie tego potrzebuję. Dlatego bez oporu, zaczęłam sama się masować! Masuję rano twarz gdy nakładam krem. Bez problemu instrukcje można znaleźć w internecie (szczególnie jeśli chce się robić to zgodnie z refleksologią), ale można tez posłuchać po prostu intuicji i potraktować masaż jako dobrą zabawę i eksperymentowanie. Codziennie staram się także masować stopy. Robię to albo w wersji standardowej, rękoma, albo używam piłeczki kauczukowej – stoję wtedy na podłodze i po prostu naciskam stopą na piłeczkę, kierując ją w różne miejsca. Robiłyśmy tak nie raz podczas szerszowych spotkań (grupy ruchowej, do której należałam) i jest to coś niesamowitego. Lubię po jednej stopie chwilę sobie postać, aby zauważyć różnicę, czasem pochodzić i dopiero po chwili zajmować sie drugą stopą. Masuję także swoje ciało, głaszczę je wtedy, gdy potrzebuję. Moje ulubione miejsca to barki i ramiona, choć dużo napięć spotykam często na pupie, więc rozbijam pięścią napięcia w pośladkach, aby je trochę zluzować. Automasaż nie tylko jest odpowiedzią na potrzeby ciała, ale także mnie z nim łączy. Na jednym z kręgów zaproponowałam krótki masaż swoich stóp. Po masażu jedna z kobiet powiedziała, że nie wie kiedy ostani raz się dotykała. Masowanie samej siebie, nawet przez krótką chwilę to dla mnie naprawdę sposób, aby pobyć ze sobą, poświęcić ciału chwilę i zintegrować się w pełni.

Przy masażu nie mogę nie wspomnieć o drapażaniu! Czyli o drapaniu, ale wspaniałe słowo drapażanie przyszło do mnie podczas spotkania pisarskiego i pozwolę sobie tego nie rozwijać (żart, a raczej ciąg żartów sytuacyjnych). Nie mam szczotek do drapania, więc drapię się sama lub drapaża mnie chłopak. I jest to jedna z lepszych ulg, jakie przeżywam! Nie jestem w stanie nic więcej na ten temat na pisać, bo na samą myśl swędzą mnie ramiona i lędźwia.

 

 

To nie są wszystkie mikrodziałania, o których mogę napisać, ale myślę, że wybrałam z koszyka całkiem sporą ilość okazów. Jestem ciekawa co ty dla siebie robisz, więc jeśli tylko chcesz i możesz – podziel się. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *