Granice

Nie umiem w nie. Nie potrafię ich wyznaczać, pilnować i odpychać ludzi, którzy włażą na mój płot. Jestem w tym piekielnie chujowa. Gdybym tak samo przekraczała granice podczas podróży, to stałabym w całodziennych kolejkach, dawałabym się robić w konia i płaciłabym duże łapówki.

Najbardziej nie umiem w kwestiach zawodowych. Albo wtedy gdy znam się z kimś tak wiecie, trochę na niby i przez to odrobinę się wstydzę. No i jeszcze wtedy, gdy mi zależy. Nie jest to skrywana prawda, większość znajomych dobrze o tym wie, bo stale im o tym marudzę. A Ci z kółeczka zawodowego stwierdzają jedynie, że jestem zajebista, bo wykazuję elastyczność większą niż profesjonalne akrobatki. Tylko, ze potem to się odbija i to cholerną czkawką. Pociąg napieprza szybciej niż japońskie koleje, a ja mam zawroty głowy i potrzebuję powiedzieć STOP. Bo już kurwa nie mogę! 

Przerwałam pracę, by to napisać. Wyrwało się ze mnie. Tylko, że jest to jeden z tych problemów, które ktoś nabazgrał na  tablicy permamentnym markerem. No i wiecie, nie da się. No żesz nie da się tego zmazać.

Szczerze nie znoszę siebie za to zachowanie. Choć, wyczuwam mini kroki w stronę słońca – może wyjdę z tunelu w wieku osiemdziesiątki. Każda sytuacja, która wymaga ode mnie postawy superwoman, podniesionej głowy i stanowczego, SŁYSZALNEGO głosu mówiącego ni chuja, kończy się zazwyczaj zaciśniętym gardłem, a później w domu – face palmem i waleniem się w czoło. Nie daje nic, że upchałam przed spotkaniem do kieszeni mnóstwo ripost, zapierających dech w piersiach przemówień i nokatujących argumentów.  Gdy już jestem sam na sam z moim rywalem, okazuje się, że kurtkę zostawiłam w domu. Znowu.

Nie chcę mi się ponownie grzebać  w pudle pt rodzina, choć dobrze wiem, że wiele powodów obecnej sytuacji znalazłabym właśnie tam. Wiem to, ale nawyki wytrenowane przez lata zazwyczaj nie chcą ustąpić miejsca tak łatwo. Wiem też, że w moim przypadku dużym winowajcą jest tutaj strach przed konsekwencjami. Pani Odpowiedzialność. 

Boje się. Ale czego?

Że druga osoba przestanie mnie lubić.

Że stracę pracę/klienta.

A jeszcze bardziej – że stracę pieniądze.

Że otrzymam odmowę.

Że ktoś mnie wyśmieje.

Że jak już zacznę, nie będę umiała stanąć w swojej mocy i się obronić.

Że za bardzo się obnażę.

Że mi nie wyjdzie.

Że może przesadzam. 

 

Gdy czytam to wszystko, dostaję ciarek, a we krwi pulsuje gniew. Wkurw. I nie, nie chcę teraz przyfasolić komuś w środek nosa, ale wiem, że to wszystko bullshit. Wiem, że może nie wyjść, że za każdą decyzją jest miliard scenariuszy, ale szczerze mam już (albo chociaż bardzo chcę mieć) to w dupie. Te wszystkie bolączki to upierdliwe komary, które non stop odganiam. Nie mogę nigdzie iść, nic zrobić dalej, ponieważ moim jedynym zajęciem jest machanie wokół głowy i drapanie kostek, gdy jeden z małych skurczybyków mnie ugryzie. I tak, czasami mocno nie wiem czego chcę, ale gdy już wiem i wylewa się we mnie złość, bo ktoś nie szanuje mojej decyzji/uczuć albo udaje, że przypadkowo wlazł mi na stopę, to cholera,  pora wstać, zamonotować nowe zamki, zamknąć drzwi albo po prostu powiedzieć, że szanownego ktosia dzisiaj nie wpuszczam.

I tak, pomaga mi w tym gniew. Jest to jednak gniew pozytywny, kontrolowany i motywujący. Czysty gniew, który jest spontaniczny. A co za tym idzie – często jest pozbawiony nadmiaru myślowego. Brak nadmiaru myślowego jest w moim przypadku towarzyszem odwagi. Po prostu nie myślę o tym, co za, co przeciw, nie zapisuę 25 kartek możliwymi scenariuszami. Jeżeli wiem, że to już jest za dużo, to pora walnąć z mostu. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *