Kochaj się

Krąg się domyka, kończy się cykl. Cykl o numerze 2018, który składa się jeszcze z wielu mikrocykli. Czasem ledwo zauważalnych, zwłaszcza w trybie teraźniejszym. Tego typu momenty doceniam niekiedy już po fakcie. Gdy zbiorę wszystkie cykle, poukładam wspaniałe kadry w archiwum wspomnień i przypomnę sobie jak się wtedy czułam i jak się czuję teraz dzięki temu, co wpusciłam do swojego życia.

2018 rok i nie-rzeczy, które mnie ukochały

W tym roku przeżyłam wiele chwil, w których się utuliłam. W każdym z tych momentów wzięłam niewidzialny pluszowy koc, okryłam nim swoje ramiona, osłoniłam piersi i głaskałam skórę, ocierając delikatnie o najmilszy na świecie materiał. Po prostu się ukochiwałam! Byłam dla siebie dobra, delikatna, pozwalałam na zachcianki i o dziwo, często nie pytałam Dlaczego?

Po prostu, szłam ściężką usypaną z emocji i to one były okruszkami, które podobnie jak Jasia i Małgosię, zaprowadziły mnie do wewnętrznego domu. Może nie mam w nim tyle pierników, ale jest za to dużo zdrowego lukru i miłych kalorii. Jest mi w tej chatce dobrze, przyjemnie, biodra wygodnie zanurzają się w miękkiej kanapie. Po prostu, czuję się jak w domu!

Wewnętrzne utulenie na zdjęciach

Utulanie siebie proponowało mi nie-rzeczy, których zazwyczaj nie robię. Nie są moją naturą, tymbardziej nawykiem. Tak było z jednym z urodzinowych prezentów, który sobie zażyczyłam. Sesja zdjęciowa ze mną w roli głównej!

Bo wiesz, ja uwielbiam stać bezpiecznie po tej stronie aparatu, z której widzę świat, a nie z której świat mnie obserwuje. Aparat jest moją lupą, przez którą widzę detale, zaglądam do mikroświata, biorę głęboki oddech i oddaję powietrzu spokój. Aparat to również skaner, przez który widzę głębiej, więcej. Zaczynam rozumieć i zdrapując pierwszą chropowatą warstwę, docieram do esencji.

Zazwyczaj uciekałam od obiektywu – nie chciałam może, by ktoś skradł mi duszę. Ale dotarło do mnie w tym roku, że jeżeli istnieje osoba, która ma dobry skaner w pakiecie z empatią, to będę mogła ze spokojem podzielić się swoją prawdziwą, chowaną esencją. A ja, choć czasem parabola uczuć wznosi mnie na bieguny wkurwienia, bardzo lubię swoją duszę. Widzę ją mieniącą się jasnym światłem, które daje ciepło. I chciałam, aby moje zdjęcia rozświetliły ekrany każdej osoby, która na nie spojrzy. Pragnęłam, aby szklana granica roztopiła się pod wpływem ciepła, a po drugiej stronie zakwitł uśmiech.

Nie będę jednak ukrywać, że chodziło jedynie o pokazanie duszy innym. Chodziło przede wszystkim o mnie! O to, żebym odpalała zdjęcia parokrotnie po ich otrzymaniu, myśląc sobie ale piękne! Ochy i achy wylatywały z moich ust, a na zdjęciach nawet nie wypiełam seksownie pupy ani nie podkręśliłam krągłych piersi. Nie zależało mi na ukazaniu atutów, czy otuleniu sfer, którym daje mniej miłości, choć wiem, że tego typu sesja jest idealną do tego możliwością. Przyjdzie kiedyś moment, gdy stanę przed obiektywem, tworząc odę miłości do mojego ciała. Wokół natury i z naturą ciała. Teraz jednak chciałam poczuć w sercu coś nieuchwytnego – coś, czego nie można dotknąć,  ścisnąć, czy gładzić palcami. Chciałam by zdjęcia nasiąknięte były mną. Moją istotą! Żeby zdjęcia ukazały adelowe światło, energię płynącą w żyłach, żar ogrzewający skórę, głębię spokoju zanurzoną w spojrzeniu i wiedźmę mieszkającą w ciele.

Patrzę na fotografie i wiem, że się udało.

Zosia z kochaj się zapytała mnie, gdzie chciałabym zrobić sesje. Wiedziałam od razu, że chcę to zrobić u mnie. Na zadupiu, w którym mieszkam, blisko pól, pod którymi zakopałam serce. Wszechświat uznał, że to dobry pomysł i wyszeptał Zosi do ucha, aby się zgodziła. I tego dnia zachód słońca był jednym z piękniejszych na tej szerokości geograficznej.

Esencja

Spacerowałyśmy i rozmawiałyśmy. Mogłam robić co chciałam, co było dla mnie z jednej strony policzkiem (No bo co ja mam robić, ona na mnie patrzy tym wielkim okiem!), a z drugiej wolnościową bramą, przez którą mogłam wyjść prawdziwa ja. Wzięłam głębokie wdechy i po prostu nie myślałam. Zosia mi pomagała, pytając o to, co mnie napędza, co jest dla mnie ważne. A ja gadałam i gadałam! A człowiek, gdy mówi o swoich pasjach, momentalnie rozwkita. I dlatego tamtego wieczoru na polanie było tak wiele kwiatów.

Pamiętam moment, gdy już na koniec sesji doszłyśmy do samotnego drzewa na środku pola. Usiadłam wśród trawy, a Zosia poprosiła mnie, abym zamknęła oczy. Usłyszałam w tym momencie szum otaczających mnie źdzbeł i stukających się ze sobą gałęzi drzewa. I przysięgam, czułam w ciele jak błękitne obłoki powoli obtaczają się w różowej farbie. W tej chwili byłam naprawdę sobą. Przestałam wstydzić się wielkiego oka aparatu i pozwoliłam się uchwycić.

Każda z nas ma inny sposób na wewnętrzne otulenie. Na mnie zadziałało właśnie to. Jeśli choć trochę poczułaś palące się w środku iskierki podczas czytania tekstu, to może warto spróbować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *