Kocham siebie, a ty?

Mam szeroką, ale płaską dupę.

Pomimo tego że mam cycki, jestem kłodą, bo nie mam talii.

Mam krzywe zęby.

Choć gdy się uśmiecham to ich nie widać, bo światu ukazują się szerokie dziąsła.

Górne jedynki wyglądają za to jak dwóch napakowanych typów wychodzących z baru.

Patrzę na ludzi spod spanielowych powiek, przez które wyglądam jakbym była tym wszystkim cholernie znużona.

Raz przesadziłam z depilacją brwi i pomimo prób dawania im drugiego życia, moje brwiowe dżdżownice są za krótkie, a od wewnętrznej strony przerzedzone.

Nie potrafię też za bardzo gotować. Garnki na mnie szczekają i odskakują z palników, wałek do ciasta w duchu błaga by blat stał się spadzisty, a mąka wybucha ze złości gdy po nią sięgam.

Nie lubi też mnie grawitacja, która często woła jesteś cipa i podstawia nogę. Czasem mam też wrażenie, że nie lubią się nawzajem moje części ciała i raz na jakiś czas ogłaszają separacje, przez co również ląduje na glebie.

Często też ciemne chmury nadciągają nad mózg i najzwyczajniej na świecie nie myślę. Od tego niemyślenia, a raczej od wewnętrznej strony ręki, mam dołek w czole.

Pomimo mojego imienia, kiepsko wychodzi mi rolling in the deep i gdy o tym zapominam i próbuję śpiewać, to stada ptaków zbijają się w przestworza, szyby w oknach pękają, dzieci płaczą, starzy nie dowierzają, ci najbliżej chowają się do schronów. I tak, wiele osób tak ma, ale zawsze mnie to bolało, bo wychowałam się na śpiewających blondynkach, a moim jedynym singlem mógł być ten przedstawiony w Mini Playback Show.

Chociaż łatwo można mnie zaklasyfikować do wyluzowanych, wolnych kobiet, które nie tworzą sobie niepotrzebnych napięć, często się stresuję. Stresuję się, bo mam nie zdiagnozowane problemy z przewodem pokarmowym, przez które potrzebowałam przemeblować sobie życie na nowo. Brzuch decyduje co i kiedy będę robić lub że nie będę robić w ogóle. I choć zapewne kryje się w tym jakaś nietorelancja pokarmowa, to większość tego bólu wyniosłam z krzyków, nienawiści i ciemności wypełniających dom. I choć coraz bardziej nad tym pracuję, to cały czas w środku mnie ściska, a ilość wylanych łez wypełniłaby nasze Śniardwy.

Boję się spać gdy jestem sama w domu.

Brakuje mi też czasem wiary w swoją prawdę i nie umiem wykrzyczeć tego, co myślę. Na szczęście tylko czasem.

 

Kocham siebie. I nie, nie napiszę teraz że kocham się pomimo wymienionych rzeczy. Że pomimo tych puzzli wiem, że mam jeszcze te fajne elementy, które w sondzie ulicznej przeszłyby jako atuty. Że lubię dotykać moje piersi, że czasem wpatruje się we własne oczy i chichram gdy opowiadam sobie suchary.

Powiem, że lubię też swój uśmiech. Choć mam szczerbate zęby i szerokie dziąsła. Że może zajęło mi to czas, ale nie traktuję żadnego z tych elementów jako coś złego lub brzydkiego. To po prostu jest. Jest kawałkiem mnie, mojego ciała. A ja kocham siebie i gdy patrzę sobie w lustro (bo robię to codziennie), to mogę nie wstrzymując oddechu przytulić się i wyznać miłość.

Czemu to zajęło czas?

Bo byłam i nadal jestem wrażliwa. Ale do tej wrażliwości przyklejona była niepewność i nieświadomość własnej wartości.

W wieku 5 lat biegałam z blond włosami urwanymi z pola pszenicy, które biegnąc razem ze mną obijały się o ramiona.  Włosy rozpościerałyby się jak zwrócony na wolność ptak,  jednak ich nasady ściskała opaska. Bo mama mówiła mi od małego, że będziesz miała odstające uszy, to brzydko wygląda!

Chodziły też za mną słowa o szczerbatym uśmiechu, krzywych nogach. I choć te oceny powbijane w skórę jak kawałki rozbitego szkła zostały ze mną, to jednak nie rozdrapały serca. Pamiętałam długo to, co mówiła na przykład mama, ale jakoś nigdy nie chciałam się jej przypodobać. A boli najbardziej, gdy chcesz się komuś podobać, a dostajesz w zamian duże wargi i brak umiejętności.

Tak myślał o mnie chłopak, który był moim pierwszym. I nie, nie usłyszałam to z jego ust, ale z ust jego przyjaciela. Nie wiem co zabolałoby mnie bardziej, ale w tamtej chwili poczułam się upokorzona i rozszarpana z ubrań do naga. Nie okazałam się łóżkową suką – nie sprostałam wymaganiom. Nie dostałam przestrzeni na wejście w nową sytuację i poznanie siebie. Otrzymałam słowa wycelowane w skroń.

Poczułam, że jestem beznadziejna, że tej beznadziejności nie zmienię i nie mogę liczyć na zainteresowanie tego, ale nawet wszystkich facetów na świecie.Już w samym moim pułapie wiekowym jest około 3 milionów mężczyzn, a ja byłam pewna, że nie zasługuję na żadnego z nich. Na nawet jednego z cholernych trzech milionów.

 

W takich sytuacjach często szukamy poparcia albo negacji tego, co usłyszeliśmy. Pukamy do drzwi i pytamy. Czasem z nadzieją, że to nieprawda, ale często gdzieś po cichu z myślą, by to się sprawdziło, bo wtedy możemy zgasić światło i schować się pod kocyk.

I ja po części robiłam taką ankietę. Nie bezpośrednio (choć uliczna ankieta byłaby ciekawym rozwiązaniem), ale uznałam siebie za towar i wchodziłam w relację, które z góry miały opłacone głosy. Glosy,  często niby pochlebne, nie dawały mi wygranej. Zapychałam się więc pustymi kaloriami, wmawiając sobie, że czuję się ze sobą lepiej. Ale wmawianie ma to do siebie, że jest tylko i wyłącznie wmawianiem. Na opakowaniu widnieje jednak 0% prawdy.

Dlatego próbując zdobyć akceptację u innych i tak nie zdobędziemy jej u siebie. Bo samoakceptacja, jak to widać i słychać nie wywodzi się z zewnątrz, a tylko i wyłącznie z serducha. A tam nie ma biura analiz badań publicznych, sond ani algorytmów. Tam jest tylko (i aż) piwnica pełna słoików z miłością oraz salon wypchany pluszem. Jesteś tam ty, która przytula ciebie tutaj,  bo jesteś prawdziwa. I nie trzeba więcej.

Wiedza o tym, że nie trzeba więcej nie spłynęła do mnie w jedną noc. To nie było objawienie, kiedy wybiegasz z domu, padasz na kolana, słońce świeci w twarz a ty krzyczysz EUREKA. To było wiele pojedynczych momentów, porozrzucanych kropek, które potrzebowałam połączyć. Puzzli, które zbierałam. To była i jest cholernie ciężka praca, która w pewien sposób się nie kończy. Ale napędzała i napędza mnie chęć. Chęć dbania o siebie, chęć dobroci dla siebie. Uświadomiłam sobie, że brak samoakceptacji równa się z powolnym zabijaniem samej siebie. Tylko dlatego, że nie mam odwagi by dać ostateczny cios. Furtką okazała się świadomość tego, jaka naprawdę jestem i że w siebie nie wierzę.

 

 

Dlatego rozbierz się dzisiaj przed lustrem i spójrz na siebie. Nie wstydź się, jesteś tutaj sama. Jesteś ty i prawda, a ona zawsze jest dobra, nawet jeśli zrozumiesz ją po czasie. Dotknij skóry i gładź ją milimetr po milimetrze. Badaj. Sięgaj ręką wgłąb siebie.  Wyczuj włoski, które chronią skórę, poczuj teksturę, podróżuj po wzgórkach i dolinach, które tworzą kości i mięśnie. Co czujesz gdy dotykasz skóry?

Możesz zobaczyć w tej chwili kobietę słabą, niepewną siebie, z za małymi piersiami, brzydką obwisłą skórą, tłustym brzuchem, fioletem pod oczami. Jeśli tak jest, to myślę, że pora zmienić lustro. I nie, nie to przed tobą, ale to które nakładasz na szkło. To, przez które niby patrzysz na siebie, ale tak naprawdę nie widzisz prawdziwej kobiety, którą jesteś. Nie chodzi jednak o to abyś udawała, że tłuszcz na brzuchu czy zwiotczała skóra zniknęły. Pytanie czy jesteś w stanie z wdechem wnieść w te miejsca miłość i akceptację.

Wyrzuć to lustro za okno i spójrz jeszcze raz. Nie potrzebujesz pigułki oceniania, którą łykasz codziennie przed snem. Potrzebujesz przytulenia siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *