Kręgi Kobiet

Rozglądam się po sali.

Widzę pomarszczoną twarz, która promienieje uśmiechem. Spoglądam na blond kosmyki, które opadają na barki. Zerkam na badające pomalowany patyk ręce, a potem na układające się na poduszce biodra. Odwracam się w stronę ramion, które kryją się pod białym swetrem. Nad nimi kołyszą się czarne włosy spięte w kok. Podziwiam kwitnące kwiaty na bluzce, urok dobranego na policzkach różu lub słodkie zaczerwienienie, które wychodzi z serca, a nie spod pędzla. Obserwuję też piersi, które raz chowają się pod luźną bluzą, a gdzie indziej opinają się na granatowej koszuli, prosząc grzecznie najwyższy guzik, aby dał trochę luzu.

Wpatruje się w oczy, w których coś się tli. Nie jest to ogień, może jedynie pojedynczy płomyk. Jest jednak obecność, otwartość. Uchyla mi drzwi, a ja odwdzięczam się tym samym. Spoglądamy na siebie nawzajem, tak naprawdę patrząc wgłąb. Widzimy się nagie. Takie, jakie po prostu jesteśmy. Nie ma tu wstydu, jest złapanie się za rękę.

Mówimy.

Po kolei, każda, która chce mówić.

Słuchamy. Wszystkie. Wokół palącego się ze świeczek ognia płyną słowa radości, refleksji, ale też smutku lub obaw. Płomienie drżą, gdy wszystkie wybuchamy śmiechem, a powietrze zastyga, gdy zapada cisza. Głowy rytmicznie kiwają, kąciki ust wysoko się podnoszą, a oczy stają się odbiciem tej drugiej. Bo choć dzieli nas wiek, historia, kolor włosów i imię, to łączy nas prawda, więź, empatia i uczucie. Bo choć dużo rzeczy nas dzieli, bardzo dużo nas łączy. I po kolei podchodzimy do słoiczków wypełnionych pięknymi kartkami i zabieramy te, które urzekły i zawołały nas najmocniej. Bierzemy, ale też dajemy. My po prostu jesteśmy razem, by się wymieniać.

Ta wymiana dzieje się samowolnie. Wystarczy obecność, jeden uśmiech, jedno przymknięcie oczu lub skinienie głową. Wystarczy, że ja wiem. Że wiemy.

Bo wiemy, że każda z nas ma swoją prawdę. Że nie ma takiej drugiej. Że jesteśmy piękne, takie, jakie jesteśmy. I że to piękno możemy poznać w różnym czasie.

Wiemy także, że to czas dla nas. Że spędzone wspólnie minuty mijają na celebrowaniu wspólnoty, pojedynczej kobiety, na docenieniu siebie. Na spełnianiu swoich potrzeb.

Te trzy godziny to czas, gdy zdejmujemy kneble i otrzymujemy głos. Możemy być zachrypnięte, mówić cicho, wyduszać z siebie pojedyncze sylaby. Możemy się śpieszyć jak wodospad albo mówić powoli jak mały strumyk. Możemy też wyć jak wilk w trakcie pełni księżyca. Najważniejsze, że możemy mówić i że nikt nas nie powstrzyma. Możemy jedynie wołać razem.

Te kobiety są dla mnie pluszowym kocem, w który się wtulam. Są ciepła herbatą, żarzącym się ogniskiem. Są dotykiem, który goi rany. Czuję w nich bezpieczeństwo i komfort bycia sobą. Moje ciało się nie spina, napięcia odchodzą, a skóra czuje się wolna.

W kręgu dostrzegam siebie. Widzę mnie, daję sobie być, mówić. Nie powstrzymuje słów, które rodzą się w środku, daję im drogę do wyjścia na zewnątrz. Słucham tego, co wychodzi z ciała i dostrzegam to, co kryje się za literami. Obserwuję też to, co siedzi w ciele. Piękne jest to, że coraz mniej muszę to rozszyfrowywać. Coraz bardziej za to rozumiem i szanuję. Jest we mnie coraz więcej światła.

 

Bo kiedyś nie mówiłam. A może mówiłam, ale nie używając przy tym słów. Czułam się niema, ale też ciężka. Wszystkie słowa, które z trudem wspinały się po drabinie, strącałam i połykałam. Nosiłam w sobie wiele lat słów, które siedziały we wnętrzu jak więźniowie. A ja nie zauważałam ciemności, która we mnie zamieszkuje. Próbowałam to przezwyciężyć- otwierałam usta, lecz w gardle czułam ścisk. Niewidzialna lina zawiązywała pętle wokół szyi i ściskała ją coraz bardziej i bardziej. Wylewały się jedynie łzy.  Po wielu próbach ograniczających się najpierw do kaszlu, potem do bełkotu, zaczęły wychodzić pojedyncze słowa. Towarzyszył im strach, zdarcie ubrań, drżenie, niepewność, ścisk w żołądku, mokre oczy i policzki. Opadnięta głowa i schowany za włosami wzrok. Zajęło to czas, ale teraz mówię. I gdy jestem w kręgu, to to się po prostu dzieje. Słowa nie wspinają się po drabinie, a łagodnie wypływają. Płuca delikatnie pompują kolejny oddech, ramiona są rozluźnione, a oczy patrzą nie tylko w ogień, ale na kobiety. Nie – patrzą w  kobiety. Bo patrzymy wgłąb. I ja się tego nie boję. Nie boje się patrzeć, nie boję się zaprosić każdą z nich do siebie. Nie wstydzę się swojego głosu ani tego, co przeżyłam. Biorę siebie taką, jaką jestem i przyjmuję w ten sposób kobiety, z którymi zasiadam w kręgu.

Dzielimy się tym, co przeżywamy i wspólnie mnożymy energię, która daje nam moc. Moją mocą jest to, że odzyskałam głos. I tym głosem chcę wyśpiewać prawdę.

Dziękuję kręgom.

Dziękuję kobietom.

Dziękuję sobie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *