Pierwszy warsztat tańca kreatywnego – jak wyglądał mój proces?

Trochę o tym wspominałam, ale jeżeli ci umknęło, to pochwalę się, że 6 kwietnia przeprowadziłam swój pierwszy warsztat ruchowy z technikami terapii tańcem. Był to mój warsztat zaliczeniowy, zwieńczenie kursu, który skończę w maju, a także brama do nowego ekscytującego świata. Choć podczas przygotowań i samego warsztatu dużo było olśnień, to ta piękna, acz wyboista droga dopiero przede mną. Nie będę więc pisać tekstu z poziomu eksperta (no halo!), ale po prostu podzielę się wrażeniami i procesem tej wspaniałej nie-rzeczy, której chcę zdecydowanie więcej w swoim życiu. A więc!

Na początku była pustka

Być może to znasz. A zna to pewnie nie jedna osoba pisząca. Ta magiczna mgła, zasłaniająca wszystko dookoła i nie pozwalająca przeskoczyć CUD myśli do naszego mózgu. Początki bywają najgorsze, bo wszystko jest czyste – kartka papieru na mahoniowym biurku, oślepiający biały ekran komputera, czy smutno wyglądające linijki w notesie. Been there, done that. Znam to, znam aż za dobrze i wiem, że w moim przypadku ta pustka jest jedynie do momentu przełamania się, napisania czegokolwiek (nie mówię o zastojach w trakcie pisania). Strach ma wielkie oczy i tymi oczami wpatruje się w długopis lub klawiaturę laptopa, nie dopuszczając mnie do działania. A działać potrzebuję.

To, czego złapałam się na początku scenariusza, to wypisanie celów warsztatu (a cele można podzielić na przykład na emocjonalne, poznawcze, fizyczne, czy społeczne), a potem zamiast pisać ciurkiem, sięgnęłam po zielone jak niedojrzały banan post ity i stworzyłam z nich (nie od razu) wesołą grupkę pomysłów na zadania. Usadziłam je, jak na banany przystało w jednym kiściu obok siebie i gdy poczułam barokowy charakter kartki, na której były przyklejone, rozpoczęłam proces refleksji, bliższego poznania i ostatecznie – selekcji.

To nie jest ostatni warsztat – walka z ego

I przy pracy z wymyslonymi zadaniami miałam pewien problem. Bo na pierwszej fali przypłynęła myśl, że super byłoby wrzucić do tego warsztatu doświadczenia owiane efektem WOW, że przecież musi być fajnie, tyle pracowałam i warto się pokazać i zadowolić uczestniczki. Na pewien moment weszłam w to. Założyłam wow buty, w których czułam się bombowo, a gdy przez opary absurdu przenikało pytanie Czy to się wszystko klei? A może za dużo? To machałam na nie zlewczo.

Później jednak na drugiej fali wyłonił się surfujący napis TO NIE JEST TWÓJ OSTATNI WARSZTAT. Caps lock nie odda jego rozmiaru i ciężaru, dlatego napiszę tylko, że dostałam nim nieźle po głowie. Bo w końcu eureka! Nie chcę skończyć na tym spotkaniu – chcę robić więcej. Nie upchnę wszystkich pomysłów do jednego worka, bo wyjdzie mi z tego niesmaczna papka, zamiast pełnowartościowego obiadu. Dotarło do mnie też, czego chciałam się chwycić jak barierki w zbyt długiej spirali schodów, że ten warsztat jest dla innnych. Wiele w nim będzie o mnie i nie będę tego sobie odejmować, ale chcę to robić by wspierać inne osoby. I to ta myśl powinna kąpać się w moim artystycznym morzu najdłużej.

Warsztatowe laboratorium

Gdy już mniej więcej czułam w kościach o co mi chodzi i uporałam się z ego (przynajmniej na moment) zaczęłam tworzyć scenariusz. I podczas tego tworzenia zauważyłam, że to wszystko teoria. Wyobraziłam sobie siebie siedzącą w laboratorium, która dodaje jeden magiczny składnik do drugiego, licząc na to, że właśnie stworzyła recepturę na spokój i zaopiekowanie. Byłam jednak w tym laboratorium sama i zamiast z ludźmi, pracowałam nad doświadczeniami z kartką papieru i długopisem. Włączały mi się alarmy w kategorii czasu trwania zadań i warsztatu, zamierzonego celu, trafienia w gusta oraz że jeżeli coś działa na mnie, nie musi koniecznie działać na kogoś innego.

A teraz dobierzcie się w pary

Partner in crime to naprawdę wiele. Czułam, że wszystkie czerwone lampki przy niewiadomych w pojedynkę mogą mnie rozsadzić. Dlatego też razem z koleżanką z kursu postanowiłyśmy spotkać się dwa razy, podzielić się scenariuszami, pomysłami, wymienić spostrzeżeniami oraz obawami. Piękne dla mnie w tych spotkaniach i stałym kontakcie było to, że faktycznie czułam, że nie jestem w tym sama i jest obok mnie osoba, która rozumie moje lęki, w jakieś części sama je odczuwa. Potrzeba zrozumienia u drugiej osoby w problematycznych chwilach jest spora – przynajmniej bywa u mnie. Poza tym spokotkania oraz rozmowy na messengerze pozwalały mi na ponowne wglądy i momenty „acha!”. Już samo przeczytanie swojego scenariusza na głos pokazywało mi, że wcale czegoś nie chcę, przy tym ćwiczeniu głos się załamał, przy innym się zawahałam, a czytając jeszcze inny czułam dużą pewność. Stosunek do swojego dzieła wręcz wyskakuje z ciała, gdy czyta się pomysły.

Inną ważnym aspektem było dla mnie wsparcie. Gdy miałam wątpliwość, to pisałam. Przed warsztatem otrzymałam słowa otuchy, a po nim wyczekujące „i jak?”. Poza tym – miałam z kim później świętować przy przepysznym porzeczkowym winie!

Oprócz koleżanki z kursu skorzystałam też z konsultacji z jedną z instruktorek. I to była wspaniała decyzja! Szłam na spotkanie ze sporym NIE WIEM przyczepionym do ramion, ale Kasia, jako osoba już naprawdę obeznana w temacie, zadała te pytania, których potrzebowałam. Dzięki rozmowie wypełniłam sobie luki, podgotowałam mój warsztat aby był płynny i miękki, a nie twardy jak ziemniok. Więc właśnie – rozmowy są super! Pamiętając jednak o tym, aby te wszystkie informacje przesiewać, ale to temat na odrębny tekst.

Testowane na sobie

Laboratorium zainspirowało mnie także do tego, aby testować na sobie. No dobrze, nie testować, ale poczuć w sobie to, co proponuję. Wejść w to. Myślę, że to właśnie ja oraz otoczenie (widziane przeze mnie) jesteśmy największymi inspiracjami do zadań, które będę proponować. Wejście w doświadczenie nie tylko pozwoliło mi zobaczyć strukturę (np. ile mniej więcej to zajmuje i czy potrzebuję do tego muzyki,a jeśli tak, to jakiej), ale również dało warsztatowi przepływ i autentyczność. Wchodząc w zadanie czułam czego potrzebuję w poszczególnych jego etapach, na co zwracam uwagę, a po jego zakończeniu – co chcę zrobić dalej. Oczywiście nie musiało to pokrywać się później z myślami uczestniczek, ale było jakąś wyjściową. Zdecydowanie dla mnie pomocną.

Przejście scenariusza pozwoliło mi także oswoić się i zwrócić uwagę na słownictwo. Nie chciałam jednak wchodzić w to zbyt często, aby nie uczyć się na pamięć.

fot. wspaniała Alicja Szulc

Jak to było?

Nie lubię występować i zazwyczaj w takich sytuacjach (np. prezentacji na studiach) po prostu uczyłam się na pamięć, w czego efekcie gdy czegoś zapominałam, od razu przychodził ogromny, wykręcający jelita stres. Tutaj tego nie chciałam. Wiedziałam wręcz bardzo dobrze, że praca z ludźmi jest nieprzewidywalna i nie chcę kurczowo trzymać się planu, jeśli zobaczę, że on nie działa. Próbowałam więc budować w sobie poczucie, że scenariusz owszem jest, będę do niego zerkać i stanowi moją ostoję, ale jeżeli tylko nie będzie sprzyjał albo poczuję patrząc na grupę, że trzeba coś zmienić – to po prostu to zmienię. Nie było to najprostsze, ale podczas samego warsztatu faktycznie popłynęłam i pozwoliłam prowadzić się intuicji.

W tłoku

Bardzo chciałam, aby intuicja kopnęła mnie już w trakcie tworzenia scenariusza. Podczas tej pracy miewałam chwile wielkiej radości i ekscytacji, a później zjazd związany z brakiem wiary w siebie i krytykiem, który szeptał że o, to się nie spodoba! W tych chwilach próbowałam sobie przypomnieć po co to robię, a także słowa instruktorek: Przychodzę z fantazją! No właśnie – po prostu mam fantazję, chcę coś przetestować, mam ochotę to sprawdzić. Od razu po takich słowach pojawia mi się lekkość. Mocno też popieram podejście, że zrobione jest lepsze od doskonałego (pozdrawiam z tego miejsca Panią Swojego Czasu) a że porażka znaczy, że coś się zrobiło. Więc cały czas porażka jest spróbowaniem. Spróbowanie jest działaniem. A działanie umożliwia mi rozwój.

Z muzyką, czy bez muzyki?

Gdy już miałam w końcu scenariusz i pomysł na warsztat, przyszła pora na muzykę. Jestem miłośniczką muzyki, jestem na nią ogromnie podatna i uwielbiam dźwięki puszczane z głośników. Jeżeli chcesz mną manipulować, bez problemu zrobisz to odpowiednią playlistą. Gdy słyszę ulubiony kawałek, jestem w stanie w sekundę zerwać się i pląsać do braku sił. Nie bez powodu Pannonika jest festiwalem, na którym tracę nogi!

W warsztatach na muzykę nakłada sie dużą odpowiedzialność – może być sprzyjająca (dla uczestników i dla instruktora), ale może też przeszkadzać. Potrzebowałam więc pomyśleć czy są doświadczenia, które chcę zostawić w ciszy, a do których chcę dodać melodii. I jaka melodia to ma być? Siedziałam więc długo pokonując kolejne poziomy zaawansowania na youtubie, później spotify i odsłuchiwałam propozycje koleżanek z kursu. O ile uwielbiam muzykę, to cieżko mi było szukać jej nie w kategoriach autora czy nastroju, a np. jakości takiej jak ciężki ciężar.

Dyscyplina i improwizacja

Praktyka pisania pokazała mi, że wena niekoniecznie jest urban legend, produktem dla wybranych, atlantydą umysłu. Oczywiście czasami spływa na mnie słodka rzeka pełna idealnych słów, często jednak jest to kontrolowany, wywoływany stan/działanie. Tworzenie warsztatu było dla mnie pracą bardzo twórczą, ale uważam, ze kreatywność/wolność/improwizacja/etc. potrzebuje ram, w tym przypadku dyscypliny. Dawałam ją sobie, decydując które dni i godziny poświęcę na pracę, układając pod to inne obowiązki i czasami po prostu… zmuszając się do tego. Wiem, że gdy podchodzę do wszystkiego zbyt płynnie, to rozpływam się jak lody Big Milk na patyku i ostatecznie ląduje na chodniku jako lodowy kleks . Ramy, dyscyplina pozwala mi wyciągnąć z kreatywności esencje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *