Poranne rytuały

Mogłabym to robić godzinami. Gdy na oczach mam jeszcze sen, ciepło nie pozwala opuścić pościeli, lubię jeszcze chwilę przeciągać się pod kołdrą. Chwilę przy tym pomruczeć, powyginać twarz, powierzgać nogami i westchnąć porządnie. Po łóżkowych wygibasach wstaję i idę do kuchni. Nastawiam metalowy czajnik na gaz, przygotowuję dwa duże turystyczne kubki (które kocham za niemal litrową pojemność) i mały, biały kubek. Na ciemnym blacie biurka czeka notes. Na tę chwilę szary, z rdzawymi, oldschoolowymi kartkami w środku. Jedna strona, 33 linijki. Biorę czarny długopis, bo nie lubimy się z granatem, nadaję kartce datę i piszę, aż nie przerwie mi gorąc buchający z czajnika. Zalewam wtedy zioła, a z rana najbardziej lubię czystek, do białego kubka wlewam jedynie ciepłą wodę. Zdecydowanie dzięki niej poranne strony idą mi gładziej. Bez gorącej wody nie wyobrażam sobie poranka, choć się zdarzało. I chyba za każdym razem miałam wyrzuty sumienia. Ten ogrzewacz momentalnie mnie uspokaja i odpowiednio nastraja. Oddech spowalnia, czuję jak woda przelewa się w środku. Jest to przyjemny żar, swoiste rozpalenie pieca. Gdy strumień myśli się przerywa, biorę kolejny łyk i kolejne słowa przychodzą same. Ot tak, prosto. Poranne strony są za to dla mnie odblokowaniem, odkorkowaniem tego, co nazbierało się w ciągu poprzedniego dnia i nocy. Czasami są to żenujące pierdoły. Kartka często przyjmuje też marudzenie, skargi, ale także chwile radości i przełomy. Jeśli kiedyś będę sławna, napiszę bestsellerową książkę lub stworzę najpiękniejszy program warsztatowy, na pewno błysk olśnienia moi fani znajdą w porannych stronach. Bezsprzecznie!

Po porannych stronach, rozkładam najlepszą na świecie pamiątkę z podróży – kazachską matę i siadam na kwitnących na jej czerwieni kwiatach. A jeżeli na zewnątrz jest pięknie i ciepło, to wychodzę do ogrodu. Odkąd jestem wyznawczynią połączenia między ciałem, a duszą, staram się dać mięśniom, skórze, ścięgnom, kościom głos. Chcę także, zwyczajnie zadbać o ciało i otoczyć je pluszem. Napięcia brzęczą mi w głowie jako efekt zaniedbania, którejś ze stron połączenia. Kabelek gdzieś wypadł, więc trzeba go ponownie włożyć. Dbam o niego codziennie, podczas porannych ćwiczeń. Odeszłam jak na razie od cardio, siłowych zmagań w domu. Ciało przez większość czasu siedzi w tej samej pozycji, tworząc z krzesłem jeden organizm, dlatego rano rozmawiam głównie z kręgosłupem. Rozciągam, rozpycham, poruszam. I kręcę głową!

I dzięki temu dotarło do mnie jak wiele noszę w głowie i jak bardzo obciążą to szyję i ramiona. Gdy pierwszy raz skupiłam się na tym punkcie, nie mogłam przestać się dziwić. I nie mogłam także przestać machać łbem, ponieważ napięcie nie planowało odpuścić. Dlatego uparcie staram się poświęcić sobie te parenaście minut. Rozciągam przy okazji nogi, masuję tworzące mój środek organy, otwieram i odblokowuję miednicę. Kręcę także kostkami i liczę pstryknięcia. Czasem także zrobię pajacyki i przysiady, aby się rozbudzić. Staram się oddać ciału mobilność, aby wspierało mnie w nowym dniu.

 

poranne rytuały chwilą na złapanie równowagi

Co dają mi poranne rytuały?

Tak wygląda mój poranek – rytuały są dla mnie jak wygodna i ciekawa ścieżka. Jeśli nie podążam akurat tą, to ok – nic takiego się nie stało. Chwilę pobłądzę lub przejdę się inną. Jednak gdy idę tą ulubioną drogą, jest mi po prostu lepiej. Zdecydowanie. Przede wszystkim poranne rytuały dają mi coś, co jest bezcenne – czas. Aby je wykonać potrzebuję wstać wcześniej lub jeżeli to nie wyjdzie – rozpocząć pracę później. Z szacunkiem do tego, że pierwszeństwo mają wymienione działania. Nie zrobię ich w ciągu dnia. Trochę dlatego, że zgubią wtedy swój pierwotny sens, ale też dlatego, że o nich zapomnę.

Moim rytuałom towarzyszy jeszcze jeden, bardzo miły fakt. Towarzyszy im brak telefonu. Poranne strony z kubasem gorącej wody, późniejsze rozciąganie i toaleta to często niemal godzina. I przez ten czas jestem ja sama samiusieńska, na randce z wnętrzem. Nikt nam nie przeszkadza, nie woła do pracowych zadań ani nie pokazuje co zjadł na śniadanie. Na to wszystko przyjdzie pora, jeśli będę miała ochotę. A dzięki rytuałom poranek jest czasem świętym.

Przyznam, że czasem mi nie wychodzi – szczególnie gdy jestem na wyjeździe i przyciągają mnie inne bodźce, a odciąga brak czasu. Staram się, ale czasem po prostu wybijam się z mojego rytmu. Z początkiem budziło to we mnie wyrzuty sumienia, a pod koniec dnia dawało argument, że coś mi nie wyszło. – Bo nie zrobiłaś rytuałów! – mówił głos w głowie. Tylko czy to głos krytyka czy intuicji? Czuję, że mówi to ktoś pomiędzy. Jeżeli sama nadam tak silną moc rytuałom i będę w nie mocno wierzyć, to głowa bez nich sobie nie poradzi. Dodatkowo mam gotową wymówkę na to, że coś mi się nie udało. Przecież nie może się udać, bo nieodpowiednio zaczęłam dzień! Z drugiej jednak strony, ostatnio po prostu się zbuntowałam. Był ostatni weekend września, mialam cały dzień dla siebie. Wstałam, spojrzałam na notes i stwierdziłam, że dzisiaj nic razem nie stworzymy. Ciała też nie chciałam ruszać, niech sobie pozostanie kamieniem. I to był naprawdę dobry dzień. Nic nie spadło mi na głowę, nie potrącił mnie samochód i zrobiłam wszystko, co chciałam. Czując się przy tym naprawdę dobrze. Była to jednak świadoma decyzja, która szła z serducha. Nie była to lawina spraw, która czasem na mnie spada – wtedy to nie wychodzi, bo lawina zabiera mi to, co dają rytuały, czyli spokój i harmonię.

Poranne rytuały są dla mnie nie tylko jak ulubiona ścieżka, ale także jak jazda na rowerze. Uwielbiam ją, jest na tę chwilę moim najulubieńszym sposobem na przemieszczanie się, ale także na poczucie wolności i złapanie oddechu. Jednak czasem po prostu to nie jest pogoda na rower. I wtedy idę na piechotę.

 

A czy ty masz swoją drogę, aby dobrze rozpocząć dzień?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *