Poranne strony

Nowy dzień przenika przez okno i zagląda do pokoju, delikatnie ogrzewając policzki słońcem.

Przeciągam minuty w łóżku, wyciągając nogi i ręce jak najdalej potrafię. Wypycham klatkę, dając trochę przestrzeni kręgosłupowi. Chwilę miętoszę się pod kołdrą, która zamknęła mnie w kleszczach. Udaje mi się jednak wyswobodzić.

Nalewam do metalowego czajnika wodę i stawiam na pełen granatu gaz. Z turkusowego pudełka wyjmuję równie turkusowy notes, który woła do mnie live simply. Przed złapaniem długopisu często zatrzymuję się na pierwszej złotej stronie, która grzecznie przypomina mi, ze the best things aren’t things. 

Kartkuję zeszyt i znajduję pustą stronę, która za chwilę przyjmie moje emocje. Bo poranne strony to właśnie emocje przemieniane w litery.

Nie pamiętam w jaki sposób przyszły do mnie. Po prostu pewnego dnia zaczęłam podążać ścięzką, która zaprowadziła mnie do randek z notesem, od których zaczynałam każdy dzień.

Czym są poranne strony?

Poranne strony to medytacja. To esencja uważności, ekstrat samoświadomości, miąższ pełen chęci rozwoju, sok z prawdziwych nas. Czasami to także wbite w skórę paznokcie, wylewająca się na nowo krew, zaciskane zęby i łzy cisnące się z oczu. Niezależnie od tego, poranne strony okazały się dla mnie kołem ratunkowym, kluczem dzięki któremu mogłam otworzyć drzwi. A za nimi zamiast pustego motelowego pokoju, czekał kwitnący ogród.

Poranne strony polegają na zbudowaniu w sobie nawyku codziennego pisania o sobie, swoich przeżyciach i emocjach. Poranne strony to pierwsza rzecz, którą mamy robić rano (chyba, że groziłoby to posikaniem się przy biurku). Poranne strony powinny mieć minimalną objętość 3 stron pisanych ciągiem, bez 4 wersów przerwy. Powinny być tym, z czym wstajemy.

Na obecnym etapie pozwoliłam sobie na większą dowolność w objętości tekstu, jednak jest to conajmniej jedna strona. Chwytam na spokojnie zawieszone momenty, w których nie wiem co dalej. Czekam. Po paru chwilach myśli się pojawiają, a ja sama wiem kiedy napisałam wszystko, co miało wyjść. Na początek warto jednak przełknąć 3 strony. Jest to może dosyć duży kawałek ciasta, który ciężko wchodzi naraz, ale osobiście czuję, że to najlepszy sposób, aby skosztować istoty porannych stron.

Poranne pisanie to także czas. Nie miałam do tej pory sytuacji abym wyskoczyła z łóżka i w dwie minuty wypisała wszystko co we mnie siedzi na jednym wdechu. Strony będą dla ciebie dobre, szczególnie jeśli okażesz im szacunek i podarujesz czas. Nie bez powodu terapie trwają godzinę, a nie pięć minut. Jak coś ma z ciebie spokojnie wypłynąć, jeśli krzyczysz, żeby ten cosiek się pośpieszył?

Dlatego poranne pisanie wiąże się często z wcześniejszym wstawaniem. Wiąże się z chwilą bez pośpiechu, dzieloną na drobne kawałki. I mimo tego że być może się śpieszysz, czujesz ciepłe przytulenie, które podpowiada, aby odpuścić. Daj się więc przytulić.

Jedno zdanie

Do porannych stron po pewnym czasie zdecydowałam się dodać jedno zdanie na koniec dnia. Kiedy jestem pełna bodźcowych szpilek wkutych w ciało, kiedy myśli przepływają przez głowe czasem jak przez autostradę, kiedy mi się nie chce. Staram się zwieńczyć ten dzień jednym zdaniem i patrzę, czy w ogóle jest w nim nawiązanie do poranka, czy może w ciągu tych parunastu godzin zdążyłam odlecieć w kosmos. Po kilku bitwach, kiedy będąc już w łóżku w idealnej pozie do snu, zmuszałam się do wstawania i pisania, wieczorne zdanie przychodzi do mnie często samo. Przy zmywaniu, pod prysznicem, między kartkami książki. Pojawia się, a ja wiem, że to to.

Rany

Zdecydowałam się na podróż. W przeszłość. Otworzyłam turkusowy notes i tym razem szukałam zapełnionych kartek. Nie spodziewałam się, że wraz z otwarciem zeszytu, otworzę się również na zmiany, które we mnie zaszły. Wycierałam policzki, kręciłam głową i patrzyłam prosto w niebo.  Zobaczyłam swoje lęki przed wyzwaniami, które teraz plasuję jako jedne z najlepszych w życiu. Po raz kolejny uświadomiłam sobie problemy, z którymi się zmierzam i poczułam w niektórych przypadkach jak długo już tworzymy z tymi problemami parę. Wróciłam do emocji: do przepięknego szczęścia, chwil pełnych natchnienia i oświecenia. Ale także do rozdzieranego serca.

Jedyne co czuję, to obrzydliwy ból.

Nie wiem co się dzieje. Ściska mnie w środku, skręca. Czuję niepokój, jestem zmęczona. Co tam się dzieje? Niepotrzebnie, ale myślę i boje się o to, co będzie później. Jak przetrwam dzień. 

Te zdania mnie przeszywają, zostawiają na skórze ciarki i wypełniają oczy łzami. Czuję te emocje ponownie i przychodzi do mych drzwi ogromny smutek. Biorę wtedy oddech i cieszę się, że ta obrzydliwość nie towarzyszy mi teraz. A jeżeli przyjdzie, to jej otworzę. Bo to jeden z elementów życia – jeden z naszych gości, nawet jeśli nieproszonych.

Seks od chyba początku był trudnym tematem, który popłynął trochę w ciemną stronę. Przez to czuję, że nie mogę sie otworzyć i czerpać w pełni z naszej miłości. 

O seksie często się nie mówi. Łatwo mogę podzielić bliskie kobiety, które otwarcie o tym mówią, a które odwracają zwrok. Gdy byłam młodsza, czułam przez długi czas, że my kobiety, jesteśmy tylko ciałem. I że tylko o ciało chodzi. To była jedyna rzecz, którą czułam, oprócz chłodu i strasznej obojętności, która towarzyszyła mi w łóżku. Obserwowała, siedziała na skraju i była nieznośna. Po paru latach, dzięki porannym stronom oraz prawdziwej miłości wiem, że byłam wtedy zagubiona i że to wcale nie była moja prawda. Moja prawda jest taka, że po wielu trudach, powoli, ale otwieram się i czuję niesamowitą czułość, bliskość, która przenika przez skórę oraz słuszność. Przede wszystkim chcę krzyczeć, że CZUJĘ, a to, co czuję jest wyraziste i przepyszne. Główną moją intencją dla seksu jest to, aby być tu i teraz i odpuścić. Głowę i ciało.

WEŹ SIĘ W GARŚĆ KURWA! To tylko wybór między TAK a NIE, a nie jakieś trudne zagadki logiczne. Nie trzeba do tego escape roomu, lat badań czy sekretnej wiedzy. Po prostu CZEGO CHCESZ? Co wolisz?

Może nie biorę na tyle serio moich własnych rzeczy. Nie traktuje ich priorytetowo, bo nie dostaję za nie pieniędzy. (…) A może po prostu te MOJE rzeczy biorę na tyle personalnie, że się po prostu boję i to odkładam?

Kocham siebie, ale czasami też nie znoszę. Z chęcią wskoczyłabym do własnego życia jak nowy bohater do gry i zafundowała sobie porządny wpierdol. Nie, nie lanie, bo czasami potrzebuję czegoś mocniejszego. Szczególnie gdy przychodzi moment podejmowania decyzji. Czasami to decyzje, w których kreują się moje życiowe drogi, ale czasami stoję po prostu w dziale z mrożonkami i nie mam pojęcia czy ruskie, czy z mięsem. Potrafię siebie wykończyć, ponieważ chciałabym wszystkiego, a myśl o rezygnacji z którejś opcji ściska mnie za serce. Jestem poszukująca. Jestem niewiedząca. Gdy byłam mała, często nie miałam swojego zdania i czuję, że widmo z dzieciństwa tak mi towarzyszy. Nie jedna poranna strona wypełniona jest wywodami na temat nieumiejętności podjęcia decyzji. Gdybym nie utrwaliła tych momentów i uczuć, którymi w tych momentach przesiąkam, miałabym jedynie  echo problemu. W ten sposób mam za to poczucie, że coś jest do cholery na rzeczy i warto się trochę kopnąć w tyłek i po prostu decydować. Słuchać intuicji, nie bać się konsekwencji i mieć odwagę by przyznać, że coś chcę. A czegoś nie. I jeśli już mówimy o rzeczach, które chcę, to często nic z nimi mimo wszystko nie robię. Czekają, w kolejce. A ta kolejka często przypomina tę z urzędu, do damskiej toalety, czy na stoku narciarskim w środku sezonu. Jest długa i powolna. Pomimo wielkich pragnień często osiągnięcia są znikome. Podobnie chociażby jest z tym wpisem, który zaczęłam w maju. Z jednej strony nie chcę się popędzać i zachowywać jak fabryka tekstów, z drugiej strony czuję, że za mało się mobilizuje.

Po pierwsze to nie chce mi się pisać. Najwzwyczajniej w świecie. Patrzę na ten zeszyt i się krzywię. Ale spróbuję.

Intuicja i spokój

Intuicja, spokój oraz wymieniona trochę niżej droga to trio, które jest tak silnie połączone, że strata jednego elementu powoduje zachwianie systemu. Znika harmonia. Gdy słucham intuicji, podążam swoją ścieżką, która daje mi słodki smak spokoju. Z drugiej strony, gdy łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, gdy zamartwiam się tym co będzie, nie jestem w stanie dalej iść. Siadam i z wywieszonym kciukiem czekam na stopa. Kiedyś zupełnie nie wiedziałam co daje mi spokój. Śmiem stwierdzić nawet, że mało o nim myślałam. Nie miałam nastawionego na intuicję odbiornika, gps nie działał, a ja się chwiałam. Codzienne, regularne pisanie sprawia, że rozpoznaję te elementy, uświadamiam sobie co na mnie działa i w jaki sposób. Coraz jaśniej mam przed oczami harmonię, do której dążę. I coraz częściej mogę spokojnie oddychać.

Bardzo się cieszę, że pozwoliłam sobie zdecydować i pójśc za głosem serca. Że niby znowu zrobiłam kolejną rzecz, znowu to moje WSZYSTKO, ale tego właśnie potrzebuję i CHCĘ.

Empatia i zrozumienie, szczerość są naprawdę ważne. Chcę by przepływała przeze mnie dobra energia, którą będę dzielić się dalej ze światem. Przekazywać dobro, by płynęło wśród i przez ludzi, zwierzęta i naturę. 

Przecież nic się nie stanie jeśli odpalę komputer 10 minut później. Wydaję mi się, że nic też się nie stanie jeśli włączę go godzinę później. Od tego guzika pod monitorem nie zależy przyszłosc całego świata. A czasem tak do niego pędzę, jakby to był najpotężniszy guzik we wszechświecie..

Siedziałam tak sobie z tymi kobietami i pragnęłam je tulić do serca za dobro. Tak własnie chcę, żeby wyglądały relacje!

Więc myślę sobie, że jakoś chciałabym to zmienić: powoli, a spokojnie. Ale tak, chciałabym wiecej realnego ROBIENIA, które czuć, które widać. Więcej DO LUDZI, więcej wychodzenia, WIĘCEJ PISANIA. 

Terapia

Poranne strony były wisienką na torcie dla tego, co zadziało się w trakcie wyjazdu do Kazachstanu. Zaznałam tam esencji spokoju, któy pozwolił mi przemyśleć wiele spraw i wiele z nich wyklarowało mi się, jak gdybym siedziała nad rzeką i moczyła sitko, znajdując w końcu wśród wyłowionych kamyków oczekiwane złoto. Codzienne pisanie nie pozwoliło tym myślom odejść, a za to pomogło im dojrzeć i stać się motorkiem do kolejnych myśli. Kumulowały się, chodziły na potajemne zebrania i ostateczny werdykt padł: pora iść na terapię. To była najlepsza decyzja jaką podjęłam w ubiegłym roku. To była także decyzja, która  może pomimo trudnych konsekwencji, czyli otwarcia się jak popękana rura, z której cieknie i cieknie, wywoływała kolejne dobre dla mnie decyzje oraz działania. To nie jest jeszcze koniec, ale już teraz czuję ogromną różnicę i z wielką radością wracałam do stron, które poświęciłam terapii.

Cieszę się. I że nie mam tego stresa już. Bo był, w sumie nie wiem dlaczego. Ale gdzieś się niebezpiecznie zagnieździł i wyżerał. Ale sobie poszedł. Tylko że pewnie znowu przyjdzie. Dlatego KONIEC TEGo, idę do cud pani od tańca, malowania i rozmowy. I gdy to pisze, to znów ścisk w brzuchu. I niby nie mam w ogóle napięć i dobrze mi, a z drugiej strony tak bardzo się spinam, ze aż mnie wykręca. To jak to jest? Trzeba iśc. Nie chcę w ten sposób żyć. A ten tydzień mi pokazał,że naprawdę pomimo dużego TAK, jeszcze sporo rzeczy jest nietak. Nie pójdę dalej w ten sposób. A chcę iść. 

Kolejny krok. Na szczęscie zrobiony, a nie tylko odtwarzany w głowie. To było trochę jak pierwsza randka: niewiele możesz powiedzieć oprócz tego, czy chcesz następną. Ja zdecydowanie chcę (…) Czuję, zę to będzie dobre dla mnie. Może nie zawsze łatwe, ale dobre. 

Cieszę się, że rozmawiamy. Ale podczas tych rozmów jestem przerażona. Czasami boję się, że to co mi dolega, jak roztrojona jestem, może mnie przerosnąć. Boże, to będzie tak długa i trudna praca, aby te rozpierdolone puzzle poukładać do kupy. Niektóre pewnie nawet nie są moje. Jezu, mam nadzieję, że nie zostawie tak tej układanki rozwalonej. Bo teraz czuję każdy kawałek w ciele i nie jest to dobrym uczuciem, czuć się tak porozdzielanym, jakby się nie tworzyło całości. Jakbym stworzona była z małych magnesów, które się zepsuły i przez to nie łączyły się ze sobą. Nie ma spójności. 

Wow. Jestem wypruta i wykończona. Czuję zmęczenie w głowie, pod powiekami, w okolicach kolan, ramion i lędźwiach. Napięcia, ciepło. Chce mi się płakać. Od wczoraszej terapii oczy mam mokre prawie cały czas. Pootwierałąm sie, wystawiłam. 

Nie wiem gdzie ma być ta granica dystansu. Czy mam nie zmieniać, nic nie próbować robić z moją mamą? Zostawić ją samą? Przecież to byłoby straszne i chyba zbyt egoistyczna. Ale wiem, ze nie mogę dać się pochłonąć, bo mnie to pożre. 

Nie wiem na czym się skupić, o czym pisać. Wczorajsza terapia uświadomiła mi, że (Albo po prostu przypomniała), ze prawie nic nie pamietam z dzieciństwa. Ono jest puste. Tylko pojedyncze skrawki, ujęcia zamazane mgłą. I teraz to do mnie dotarło. Tekst na Klub Pisarski o dziewczynie wymyślającej historie z mamą to trochę mój obrazek. Ja jej nie pamiętam. Była cieniem. Ale jak się zachowywała? Dlaczego tego nie pamiętam? 

Czy ja kogoś gram? Udaję? A może jeszcze jestem za mało świadoma siebie. Rozmawiam z Moniką i dobrze mi się rozmawia, ale potem nachodzi mnie myśl, że to może jest jeszcze płytkie, że nie otworzyłam się jeszcze. 

Ego 

Z tym kolegą wiele osób się przyjaźni. Nieodłączny kompan zabaw, idealny partner do harców, ale także do samodestrukcji. Nieraz mówię o tym jak ważny w życiu jest spokój, brak pędu (a jak już pędzimy, to chociaż z butelką wody i czymś na ząb) i małe rzeczy, które sa małe jedynie z pozoru. Jestem taka mądra, oświecona, a potem rozglądam się na boki, drapię po głowie i co? WIĘCEJ WIĘCEJ WIĘCEJ! Wrzucam życie w koorporacyjny tryb, do fabryki  super realizacji (bo same pomysły to za mało, by się zadowolić). I tak, fajnie jest działać i nadal chcę to robić, ale szalenie czuję różnicę, gdy idę spokojnym strumieniem łaskoczącym kostki, a kiedy topię się w rwącej rzece, która kolejnymi falami skutecznie mnie przewraca. I nikt mnie tam nie zwabił pysznymi ciasteczkami, sama tam wskoczyłam. Bo ciągle mi mało, bo chcę więcej. I poranne strony pomogły mi zauważyć te momenty. Pomogły także zwrócić uwagę na to, dlaczego to robię. Czy to miłość do życia i chęć korzystania z niego na 100%, czy pomimo miłości do siebie, jeszcze nie jestem zbyt wystarczająco fajna?

Nie wiem czy kiedykolwiek dam sobie spokój. Zrobiłam coś, co dla wielu już jest hardkorem. Prawie 2 tysiące kilometrów rowerem, około 20 dni, nieznane tereny kazachskiego stepu. Ale nie. Ja to teraz chciałabym jechać na etapy zimowe, bo tam jest dopiero HARDKOR. To jest dopiero coś: walka ze słabościami, wielkie przeskakiwanie strefy komfortu, sprawdzenie siebie…sława, uznanie i podziw. Dla kogo bym chciała to zrobić? Dla siebie czy innych? 

Trochę mnie to boli, że nie wyjeżdżam. To jakbym NIC nie robiła. Ale z drugiej strony wiem, że mam rzeczy doz robienia tutaj. Naprawdę chcę tej terapii, założyć bloga i go prowadzić, pisać, rozpocząć kręgi, uczestniczyć w Szersze, tworzyć projekty taneczne/ruchowe i być może zacząć coś nowego w tym kierunku (…) Wiem tylko, że chcę dużo, a w praktyce to DUŻO nie wychodzi. Może dlatego obawiam się, że nie wyjadę – bo się z tym wszystkim zmierzę zamiast uciec. 

I znowu widzę, że mam chyba jeszcze za mało samozaparcia. Że wybieram łatwiejszą ścieżkę: zamiast do końca pracować, poświęcić czemuś serce w 100%, ja po pewnym czasie uciekam. Dlaczego? Nauczyłam się tego w domu? A może to zwykły strach.

Koniec bycia dla siebie taką surową. Mówię serio! Bo ja się wykończę

Droga

Podążanie swoją drogą nie zawsze należy do łatwych. To przede wszystkim znalezienie tej drogi w gęstej dżungli lub równie gęstej sieci inych dróg. Czasami wychodzi na to, że ścieżkę trzeba wybudować. Sama droga nic nam nie da, dlatego trzeba w końcu się nią przejść – i tak, każdy kolejny krok może okazać się nie lada wyzwaniem. Bo tutaj dziura w asfaltcie, czeka nas stromy zakręt, tu z górki, tam pod górkę, gdzieś zwaliło się drzewo. Czasami spotykamy także drogowskazy, które nijak nam pomagają. Albo są sprzeczne, albo w niewiadomym języku. No i co wtedy? Trzeba wybrać. A jak już wiemy, ja mam z tym problem. Czuję, że ciagle szukam jeszcze swojej świeżki, jeżdzę po dostawcach, wypytuję o materiały, sprawdzam podłoże, negocjuje ceny i myślę. Coraz więcej już mam i pewien głos podpowiada, że Wielkie Otwarcie coraz bliżej. Nie powinno zdziwić, że tak, znowu, poranne strony pomagają. Są spisem wszystkiego, co we mnie kiełkuje i równocześnie sitkiem, które pozwala mi rozpoznać, czy dana myśl zakwitła w głowie, czy w sercu. Jeśli mam zagwozdkę i nie wiem czy dany materiał nadaje się na moją drogę – piszę. Piszę, aż wiem. Niektóre rzeczy się układają, ale przelanie ich na papier pozostawia pewne znamię. Czuję, jakby dzięki temu mocniej we mnie zostawały. I idealnym przykładem jest terapia tańcem. Poniższy wpis – 27 listopad. Teraz jest 19 czerwca, a w historii mojego konta widnieje przelew z zaliczką na roczny kurs, który zaczyna się również w listopadzie. Zatoczyłam koło, bo bardzo tego chciałam, ale przede wszystkim spokojnie dałam temu wejść, być i się rozwinąć. Podobnie zresztą było ze wspaniałymi kręgami, o których pisanie pomogło mi się oswoić. Tak, to jest idealne słowo. Oswoić z myślami, z emocjami, które mi towarzyszą, a w końcu z planami. Dzięki pisaniu rozkładam to sobie wszystko na części pierwsze, biorę pod mikroskop i badam. I okazuje się, że pod szkiełkiem są niesamowite rzeczy.

Gdy Marta tylko powiedziała o terapii tańcem, od razu coś we mnie się zerwało. Tego chcę! To tworzy całość z kręgami, tańcem samym w sobie, z byciem wśród ludzi, z warsztatami i pisaniem. Coś powoli się deklaruje, wyjawia z otchłani mojej głowy. Tylko żeby mi starczyło samozaparcia i zebym doszła do tych drzwi, które się uchylają. 

Będzie krąg. Jest wydarzenie, jest moje udostępnienie,słowa…. są zapisane kobiety. Cieszę się przeogromnie, ale oczywiscie dotyka mnie również stres. Czy stworzę komfortową przestrzeń dla kobiet? Czy ja w ogóle MOGĘ to robić?Ale znowu wraca do mnie myśl, że przecież to brak wiary w siebie próbuje przemówić po raz kolejny. A ja wiem jaka jestem. 

Poranne pisanie jest dla mnie również Niagarą kreatywności, przemyśleń i pomysłów. A pomyśleć, że to wszystko osiągam przed 8 rano. I naprawdę chcę więcej?
Jestem osobą, która wiele myśli i lubi spędzać czas na tej aktywności, choć nie wiedzieć czemu, czasem kiedy bardzo trzeba, zapominam jak się to robi. Czasami jednak nie mam z kim się tymi myślami podzielić lub po prostu chciałabym porandkować sama ze sobą. Pisanie spełnia idealnie to zadanie, puszczając wszystko, co we mnie jest. I czuję się po tych minutach z długopisem o wiele lżej. Nawet jeśli na kartce zostawiłam bardzo czarne myśli.

Poranne strony to także doskonała kopalnia. I dlatego namawiam, aby pisać pisać i pisać. Tak, te trzy strony albo nawet więcej. Pisać i przeżyć te chwile kiedy nas zatyka.Trzeba to zrobić, aby pójść dalej. Bo zazwyczaj za tym zaćmieniem kryje się słońce (czytaj oświecenie).

Myślę sobie jeszcze, że naprawdę trzeba wziąć się w garść. Czuję, że mój potencjał nie jest wykorzystywany. Wręcz go usypiam. Jeśli mam być tutaj w Polsce, to chcę to naprawdę wykorzystać. I będę potrzebowała walczyć o to, by te słowa nie były bez pokrycia. 

Czemu do cholery nie umiem siebie doceniać? 

Zabrzmi to może absurdalnie, ale widzę to (płącz) jako rodzaj medytacji, zgłębienia siebie. Coś zauważasz, cos zaczynasz rozumieć. Płacz jest bardzo intensywnym stanem, umacnia się w nas uważność, osiągamy kolejny poziom świadomości i jesteśmy w chwili całym sobą. 

Jestem jeszcze małą dziewczynką. Pogodną, nieśmiałą, niezdecydowaną. Nie potrafię krzyczeć i walczyć o swoje. Nie ma tej stanowczości i odpowiedzialności pomimo wszystko. Nie ma we mnie jeszcze tej dzikości. Potrzebuję Dzikiej Kobiety. 

Taka chcę iść przez życie. Bez spięć, skurczów i sztywności. Tylko płynąć, czuć luz w ciele i wpasowywać się jak puzzel w to, co zastanę. Czuć zgodność między ciałem a umysłem. 

Czy gdybym była sama to robiłabym więcej? Miałabym większą motywację i PRZYMUS ROBIENIA? A może to zupełnie nie jest od siebie zależne. To bardziej kwestia tego JAKI JESTEŚ.

WSZYSTKO jest tym, co często nie daje mi spokoju. To trochę tak, jakbym sięgała do zbyt wysoko zawieszonej półki i próbowała wyszarpać ze sterty rzeczy grubą książkę, w rezultacie otrzymując lawinę wszystkiego, co na tej półce było. Tak, to nieraz boli, ale nie jestem mądrym polakiem po szkodzie i często wracam po więcej. Powoli się uczę, żeby podstawiać pod nogi stołek albo krzesło, ale różnie z tym bywa. Jednak te wszystkie doświadczenia, które sobie funduje, zawsze mnie czegoś uczą. Czasami jest to nauka Na co Ci to było? Ale częściej Cholera, dalam radę! Umiem to! I tak, uwielbiam karmić się zaskoczeniem, że umiem coś nowego. Że potrafię. Że jednak dałam radę, a myślałam, że gdzieś po drodze padnę. I może na kij mi to wszystko, ale traktuję te doświadczenia jak kompleksowe rezonansy – badam siebie i wiem, co we mnie gra top przeboje, a co fałszuje. I jestem za każdym razem z siebie dumna – nie, nie tylko wtedy, gdy wychodzi. Zawsze, bo spróbowałam. A to największa duma.

To co wczoraj przeżyłam to koszmar połączony ze szczęściem i dumą z siebie. Boże, czułam się tak niewygodnie, źle i stresująco, że to aż bolało. Czy naprawdę tak bardzo przeżywam występowanie przed obcymi ludźmi, czy sama się tak wczorja nakręciłam, bo miałam zjazd energetycny? Nie wiem. Choć jak znam siebie, to jest to połączone. Cieszę się jednak, ze się zmusiłąm i zostałam. Bo tak, miałabym pewnie wyrzuty sumienia i byłabym na siebie zła (chociaż to niezgodne z byciem dla siebie mniej surową), ale w ten sposób jestem zadowolona. Bo to zrobiłam i w jakiś sposób, finałowe opowiadanie wyszło mi naprawde dobrze! 

Obranie drogi łaczy się bardzo mocno z intuicją. To najlepsze psiapsióły, które zawsze można spotkać razem na trzepaku. Zdarza się jednak, że czasem się pokłóca, któraś nie posłucha i wtedy życie nie daje tyle zabawy. Uczę się, że gdy posłucham intuicji, założę pelerynę odwagi i przy okazji łyknę z kubka odpuszczenia, to rzeczy się same układają. Ktoś tam jednak chyba na mnie patrzy i steruje rzeczami oraz ludźmi tak, abym wiedziała, że postąpiłam dobrze.  I są to naprawdę piekne chwile. Tymbardziej warto im dziękować, zatrzymując w sercu i wracając.

Gdy jest ciemnośc, głowa szaleje. Nie mam nad tą ciemnością kontroli, nie znam jej. Jakie ma zamiary? Wzięłam czołówkę i szukałam drogowskazu, choć w głowie tworzyła się historia powrotu. Zeszłam na ścieżkę i tam podjechał, a raczej zatrzymał się facet jadący do domu. Właśnie w tym momencie, nie 5 minut wześniej, nie 10 później. WTEDY GDY POTRZEBOWAŁAM. I doszłabym na Zgromadzenie sama tą ścięzką, troche pewnie obsrana, ale droga nie była aż tak straszna. Ale chodzi o to, ze rzeczy się dzieją. Po prostu. Gdy potrzebujesz. Gdy myślisz, ze jesteś w czarnej otchłani. Dlatego chcę dawać rzeczom się dziać. Niech przychodzą i zmieniają. 

Miłość

Nie zaczęłam nawet pisać, a oczy zdążyły już wypełnić się łzami. Tak właśnie jest z miłością. Rozpalając serce, w jakiś magiczny sposób je zmiękcza. Piszę o magii, ponieważ nie mam innego wytłumaczenia na to, co się dzieje.  Po czasie paprania się w toksycznej mazi, wypadłam z trybu durnego wirowania, po którym byłam zbyt wymiętoszona, aby wstać. Wiedziałam jedynie to, że nie chcę tego przeżywać raz jeszcze. Dałam sobie czas, by pomyśleć nad tym czego naprawdę potrzebuję. Zmieniłam nastawienie, wrzuciłam cały bajzel na statek i patrzyłam jak odpływa. I wtedy, gdy wypowiedziałam zaklęcie jestem gotowa na szczęśliwą miłość poznałam Jego. Pewnie wygląda to jak jakieś pitolenie posypane lukrem, ale cholera, tak po prostu było. Powiedziałam jasno i bardzo świadomie swoje potrzeby, które byłam wstanie znieść i o to, stało się. Jestem niemal pewna, że to był pierwszy raz, gdy poczułam sprawczą moc. 

Nie chcę tutaj rzucać banałami, czy bycie z drugą osobą jest trudne, czy proste i ile faktycznie w tym słodyczy. Wiem jedynie, że ciągle się uczę. Bardzo się dzięki temu związkowi rozwinęłam i rozwijam nadal. Ale właśnie – ile mnie jest w tym związku, a ile Jego? Poznałam olbrzymią i bolesną prawdę, że pomimo dużej dawki empatii wszczepionej pod skórę, jestem jeszcze często egoistką. Myślę o sobie, zachowuję się jakbym była sama. I tak, znam zdrowy egoizm, osiędbanie, jednak mówie o jego przekraczaniu. Czasami sama to zauważam, czasami po prostu dostaję pałę z egzaminu. I wtedy znowu wracam do tego, gdzie leży wspólne szczęście i spokój. Czego chcemy oboje i gdzie się spotykamy. Zauważam moment, w którym nie byłam uważna i naprawiam uważnością. Uważnością na niego.

Myślę sobie znowu jaka jestem wdzięczna za Darka, który naprawdę JEST. Jest przy mnie i wspiera, choć zdaję sobie sprawę, ze nie jest to dla niego zawsze łatwe. Jego zrozumienie i szacunek dla ważnych dla mnie spraw, wartości i pragnień. Jestem szczęściarą. Przeogromną. I chcę tę wdzięczność okazywać jak najlepiej i jak najczęściej. Żeby wiedział, że ja to widzę.

(…)W końcu raz w roku PRZYNAJMNIEJ chciałabym wyjeżdżać, a jak już wyjeżdżam to jest to minimum miesiąc. Do tego chciałabym robić to i tamto, skupiona na sobie i spełnianiu siebie. I choć daję siebie sporo w związku, kocham, zalezy mi i się staram, to nie wiem czy to wystarcza. (…) Czuję, że za dużo kosztuję i nie daję szczęścia. 

 

 

Często gdy poznaję inną osobę, po pewnym czasie słyszę jak bardzo samoświadoma jestem jak na swój wiek. Myślę, że jest w tym trochę prawdy, ale odrobina złudzenia. Jestem za to pewna tego, że to poranne strony umożliwiają mi selekcje puzzli, a następnie ich układanie. To właśnie dzięki nim nie żyję w zakurzonej, pełnej gratów piwnicy, a w pięknym ogrodzie. To za sprawą porannego pisania jestem sobą w pełni.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *