Taniec i ruch

Początek

Pierwszą miłością, którą poznałam, był taniec. Tańczyłam w sali gimnastycznej na pierwszym piętrze, pod uważnym okiem trenerki. Pragnęłam być w każdej choreografii tak idealna jak jej fryzura, w której nawet jeden kosmyk blond włosów nigdy się nie zachwiał.

Z podstawówki biegałam do domu, gdzie ćwiczyłam dalej przed szerokim na trzy metry lustrem. W salonie codziennie  rozciągałam się, aby w końcu z zadowoloniem krzyknąć do mamy Patrz! Robię już szpagat!

Nosiłam czerwone usta, oczy miałam udekorowane brokatowymi cieniami, prawie tak mocnymi jak u mojej instruktorki. Tańczyłam w kwiecistej spódnicy falującej nad szkolną bieżnią. Pamiętam, jak któraś z mam rozmazywała mi palcem róż na policzkach. Spódnice wymieniałam czasem na koszulę w żółto-czerwoną kratę i jeansowy kapelusz oraz mieniący się kosmiczny top. Wiązałam kitę, rozpuszczałam włosy, plotłam innym warkoczyki. Wszystko po to, aby na parę minut jak najlepiej odegrać czyjąś myśl. Aby być pędzlem w rękach pani Beaty, która malowała grupą swoją wizję.

Przez ten czas nauczyłam się tańczyć. Był to jednak taniec przypominający ten na macie do tańczenia. Na niej potrafiłam kręcić piruety, skakać,  szeroko się uśmiechać, patrząc w ekran przedstawiający kolejne kroki. Nie potrafiłam jednak wyskoczyć poza nią.

Bo nie nauczyłam się tworzyć. 

Cios

Między jednym a drugim treningiem, otrzymałam cios. Nie w plecy – prosto w serce. Moja rodzina przestała być tak idealna jak odtwarzane przeze mnie choreografie, a ja zaczęłam się potykać. Do ziemi przygniatała mnie przerwana miłość rodziców, oszustwo, zdrada, brak szacunku. Do godzin przed lustrem przyciskały mnie krzyki, ciąganie za włosy, uderzenia. Przede wszystkim jednak samotność i zaciśnięte z rozpaczy zęby. 

Bunt

Bunt często rodzi się w momencie niezrozumienia. A ja nie mogłam zrozumieć tego, co dzieje się w domu i chciałam z niego uciekać. Czasy czerwonej szminki się skończyły, a ja z sali gimnastycznej w szkole zawędrowałam do sali ze skrzypiącą podłogą w Pałacu Kultury. Przeszłam casting, werdykt – grupa zaawansowana. Wzrok nowej trenerki pytał mnie Dlaczego nie spróbujesz i zawalczysz o zespół? 

Nie potrafiłam.

Zajęcia w pałacu były czasem nowych twarzy i nowych wyzwań. Tym razem poczułam więź z Anią, naszą przewodniczką. Jej jasne blond włosy rozwiewały się na boki, gdy pokazywała nam kolejne kroki. Patrzyła prosto w oczy, gdy moje mięśnie drżały podczas robienia deski. Treningi stały się sposobem na odreagowanie. Mogłam podczas sobotnich spotkań wykorzystać gniew, a łzy zlewały się ze spływającym potem. Uświadomiłam sobie, że mogę więcej i to więcej wisiało nade mną przy każdym ruchu. Ania widziała ten zapał, dlatego zawsze dawała mi zadania trudne do wykonania. Wiedziała, że tego potrzebuję i że potrafię to zrobić. 

Głębiej

To tutaj zaczęłam wchodzić głębiej. Ania wyciągnęła do mnie dłoń i razem, powoli, zanurzałyśmy się w twórczości. W grupie pracowałyśmy raz w trio, raz uzupełniałyśmy choreografie o swoje kroki, a w końcu brałyśmy udział w pałacowym konkursie, gdzie występowałam w duecie z bliską mi na tamten czas dziewczyną. Zaczęłam tworzyć.

Nie pasowałam jednak do tworzenia – brakowało mi profesjonalizmu. Dać mi go miały wymarzone przeze mnie, pełne czerni buty taneczne. Pamiętam moment, w którym założyłam ja na treningu. Czułam się wtedy ważna. Zauważona i doceniona. Utalentowana. I przede wszystkim pewna siebie. Wmawiałam sobie, że czarne buty, które swoją drogą wyglądały dość kosmicznie (miały grube podeszwy na śródstopiu i pięcie, przez co wyglądały dla mnie jak dwa światy przecięte wąwozem), były butami magicznymi, które przez stopy ładowały mnie końską dawką umiejętności. 

Oczywiście nie potrzebowałam ich. A przynajmniej nie do tego celu. Dowiedziałam się o tym jednak parę lat później. 

Byłam wspaniałą uczennicą, która po treningach skakała jeszcze głębiej w taniec. Prawie każdą minutę wypełniała muzyka, a ja, jeśli nie tańczyłam – buszowałam w internecie, szukając na youtubie tanecznych nagrań. W ten sposób dowiedziałam się, że można inaczej. I że można na milion sposobów. Dotarłam do tanecznej kamasutry, choć mówiąc o tamtym okresie, powinnam powiedzieć, że w końcu w lodziarni pojawił się wachlarz smaków, a nie tylko śmietankowy, który serwowano mi dotychczas. Zaczęłam więc sprawdzać czym jest street dance, zapętlałam filmy z poppingiem i lockingiem, wczuwałam się w krumping, byłam pod wrażeniem break’a, ćwiczyłam hip hopowe solówki, oswajałam się z kobiecością i silną ekspresją w dancehallu i reagetonie. Dostawałam oczopląsu, ale czułam się dobrze. W koncu odetkał mi się nos, a wokół mnie było mnóstwo zapachów! W końcu tyle ścieżek do wyboru, a ten wybór zależał tylko ode mnie. Jednak jak to bywa ze ścieżkami, na tą wymarzoną przeze mnie opadł szlaban. Okazało się, że Ania miała inną wizję mnie – chciała, abym rozwijała się w jazzie i klasyce. Ja jednak widziałam to jako sztywne ramy wepchnięte jak kij w dupę. Dlatego zrezygnowałam. Moje serce mówiło, że chce szaleństwa, czystej niepohamowanej ekspresji. Że chce nauczyć się freestyle’ować, tworzyć. Z mocnym tupnięciem. 

fot. wspaniała Alicja Szulc

Pożegnanie 

Miałam szansę na rozwój. Na końcu ciemnego tunelu machał do mnie zespół i kolejne występy. Życie, o którym zdaje mi się, że wtedy marzyłam. Czerwone usta i kita. Poczułam  jednak, że to nie jest rytm serca. Na tamten dzień w duszy grał luz i zabawa. Poznałam ludzi, którzy częstowali mnie wizją pełnego pewności siebie, zabawy i tańca życia, prawie tak, jakby dawali mi do spróbowania najlepszą kokainę. Uzależniłam się i topiłam w marzeniach. Chciałam przeprowadzić się nad morze, rzucić wszystkim w twarz rodzicom i zniknąć. 

Zostałam.

Poznani ludzie okazali się szczęśliwi i zgrani jedynie na ulotce. Za kartką stała grupa, która skakała sobie do gardeł, a nie wspierała. W ciele za to przemówiło kolano. Nie. Zakrzyczało. Zaczęły się miesiące wizyt u lekarza, terapii laserowej, rehabilitacji. Po każdej sesji wracałam jednak jeszcze bardziej kulejąc. Zrezygnowałam znowu. 

I wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu spojrzałam na mamę. Wzięłam na siebie to, jak źle z nią było. Wzięłam na klatę fakt, że to nie moment na zabawę w taniec i wydawanie pieniędzy. Wzięłam do serca nie tylko mój ból i uznałam, że spróbuję dla odmiany być w domu. 

Rozłąka

Po rozstaniu czułam, jakby brakowało mi bardzo ważnego kawałka. Nie, że zgubiłam jeden z pieprzyków na ręce lub wypadła mi rzęsa. To był bardziej ból po utracie nogi. Chwiałam się cały czas i nie byłam pewna tego, gdzie idę. Nie miałam zupełnie pojęcia dokąd zmierzam. Rozdrapałam sobie serce i wyciągnęłam z niego całkiem spory krwawiący kawałek. Całe gimnazjum było dla mnie widmem życia, jego cieniem czy nędznym sobotwórem. To była jedynie smutna wegetacja, która ograniczała się do sztucznego uśmiechu w szkole, jeśli do niej trafiałam i do mokrych policzków w pokoju. Gdy jeszcze nikogo nie było w domu. Taniec był dla mnie w tym czasie oddechem, wyłowieniem z morza łez, dzięki któremu mogłam poczuć, że to jednak życie.Z jego pomocą wyszłam na ląd, jednak gdy odebrałam sobie ruch, nie miałam zupełnie pojęcia co na tym lądzie robić. 

I choć wyszłam z depresji, a moje życie nabrało dzięki tańcowi wiele nowych barw, na nowo przypłynęła szarość. Nie miałam co ze sobą robić, dlatego do głowy przychodziły głupoty. Zabierałam więc głupie zabawki i traciłam czas na wiele płytkich rzeczy. Chwilę niemal pełnego szczęścia czułam tańcząc w klubach, jednak i wtedy na parkiecie pojawiała się szarość, która podpowiadała mi, że kobiety są jedynie ciałem i niczym więcej.

Czasami niewidzialna lina zaciskała się wokół gardła. Nie mogłam oddychać. Zbyt długo siedziałam w pudełku, w którymś ktoś mnie zamknął. Przez ten czas zapomniałam już jak to było tańczyć. Włączam przed znajomymi kasetę TANIEC i tylko wspominałam, że gdybym nie przestała, pewnie byłabym na bardzo wysokim poziomie. 

Ale zrezygnowałam.

Powrót

Bycie perfekcjonistką doprowadziło do tego, że gdy ostatecznie chciałam powrócić, nie potrafiłam. Stałam przed salą, w której za chwilę miał odbyć się casting do grupy tanecznej. Stałam, a nogi się trzęsły. Z wypełnionymi po brzegi płucami odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec. Płakałam do słuchawki rozmawiając z przyjaciółką. Mówiła, że nic się nie stało. I to właśnie to mnie tak cholernie bolało. 

Po nieudanej próbie machnęłam ręką. Zakopałam taniec trzy metry pod ziemią. Z czasem jednak obudziłam się na nowo. Zaczęłam poświęcać sobie więcej czasu. Przypatrywałam się sobie jak w lustrze i zdecydowałam, że chcę o siebie walczyć. Był to zlepek wielu różnych sytuacji i nieprzypadkowych spotkań, jednak prawdziwe odbicie od dna nastąpiło w 2012 roku. 

Kopniak w serce 

Żeby przeciągnąc pacjenta na stronę życia, lekarze napinają na serce, a czasem dają naprawdę mocnego kopniaka prądem. Takie trzepnięcie poczułam gdy zmarła moja ciocia. To jednak historia na inny tekst. Było to przeżycie, które mną wstrząsnęło, równocześnie karząc się otrząsnąć. To właśnie w 2012 roku zaczęłam podróżować, na rok przerwałam studia i poznałam miłość życia. Tamtego roku uznałam, że wybieram życie. 

Taniec i ruch powróciły jako element esencji życiowej. Zabrało mi to trochę czasu, ale zaczęłam powoli odważać się na kolejne eksperymenty. Powoli brałam małe kroki, bacznie obserwując podłoże. Chodziłam na pojedyncze warsztaty, zajęcia. Łapałam wydarzenia, które choć trochę były związane z tańcem. Patrzyłam, obserwowałam swobodnie ruszających się ludzi na ulicy. Próbowałam wsłuchać się w ich rytm serca. 

fot. wspaniała Alicja Szulc

Znowu w objęciach 

Po 8 latach znowu się spotkaliśmy. Spotkania starej miłości są pełne magii. Oblane dojrzałością. Ubrane w nowe spostrzeżenia i inne podejście. Gdy pozwoliłam w końcu poruszyć kręgosłup, puścić powietrze w biodra, poruszyć kolana, zamknąć oczy i otworzyć duszę… powróciłam do żywych. Dostałam kopniaka w serce, wyskoczyłam ze szpitalnego łóżka, odzyskałam węch, smak, otrzymałam z powrotem mapę. Miłość znowu weszła w moje żyły, jednak tym razem jest to miłość dojrzała. Ja i taniec jesteśmy partnerami. Ciało mówi, ja słucham. Rozmawiamy. Poznajemy się codziennie i wciąż jesteśmy siebie ciekawi. Gdy to piszę, mam oczy pełne wzruszenia. Tak dobrze jest być znowu razem.

A jesteśmy razem dzięki małym kroczkom, które regularnie robiłam. Za sprawą intuicji i znaków, które umiałam odczytać. 

Dzięki dojrzałości.

Dojrzałość pozwoliła mi wejść głębiej w ruch. Swobodny taniec prosto z serca jest jak zaklęcie, dzięki któremu mogę zobaczyć prawdziwą siebie. Za każdym razem, gdy odpływam w ruchu, czuję że jestem ze sobą jak nigdy dotąd. Za każdym razem wracam w końcu do wewnętrznego domu. Na spotkanie z duszą.

Pozwala mi na to taniec swobodny, wolny, intuicyjny. Spontaniczny! Tańczę pod wpływem każdego z 5 rytmów, ale też gdy widzę się z bliskimi mi kobietami. Rozmawiam nie używając słów podczas kontakt improwizacji. Co ważniejsze – uczę się też słyszeć i słuchać. A także znajdywać wspólną drogę. Nadaję ruchowi smak, jakości, nazywam go słowami lub przeobrażam słowa w ruch. Uczę się wyłączać głowę i dać głos ciału. Wiele dają mi spotkania w Eksperymentalnej Grupie Ruchowej Szersze, do której szczęśliwie należę. Zafascynowana chodzę na performance’y, spektakle, chłonąc przedstawioną historię przez ciało. Badam ruchem przestrzeń i jej wielopoziomowość, próbuję poznać się z nową techniką i połączyć ruch ciała z drżeniem gardła. Podczas tańca śmieję się, krzyczę, wydaję dźwięki. Puszczam wszystko. 

 

Przede wszystkim jednak w tańcu czy ruchu jestem tu i teraz. A bycie w teraźniejszości wydaje mi się, że mamy w deficycie. 

A ja chcę je mieć w swoim życiu na stałe. Nie jako tabletkę, którą wyrównam niedobór życia chwilą obecną. Tylko jak wodę, która wypełnia ciało. 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *