Zima w Beskidzie Niskim – Manichatki

Poranek bez budzika.

Wieczór z nosem przy kominku.

Gra w szachy.

Soundtrack z wiatru.

Skrzypanie śniegu pod butami.

Spacer.

Śnieg w butach.

Śnieg na kafelkach w domu.

Czerwony nos.

Śmiech. Dużo śmiechu.

Wyciszony dźwięk telefonu. A telefon gdzieś daleko.

Chowanie się w kołdrową, bardzo przyjemną norkę.

Grzane wino z garnka w grochy.

Zapach goździków.

Dotyk chropowatego drewna.

Światła w oddali.

Dźwięki ciszy.

Uśmiech na twarzy.

Spokój w sercu.

 

Oddech.

W grudniu 2018 na jakiś czas przestałam oddychać. Wypuściłam powietrze z płuc i nie mogłam już go ponownie zaprosić do pustych komór. Ciało zesztywniało, a ja chodziłam tak, spięta w tyłku i głowie, powoli przemianiając się w robota. Ponowny wdech wzięłam w Manichatkach.

Manichatki

Powietrze tam było świeże, z nutką mrozu. Stworzone z drobinek nowości i piękna. Pełne radości! Żałuję, że nie nabrałam go w słoiki, bo z chęcią wentylowałabym się nim w chwilach słabości. Na tę chwilę pozostają mi jednak wspomnienia i zdjęcia.

Wracając jednak do Manichatek – stworzone z najpiękniejszego koloru drewna chatki (a jest to kolor słońca próbującego przebić się przez brązowe deski) uśmiechnęły się do mnie szeroko od razu, gdy zajechaliśmy pod bramę. Ozdobione turkusową framugą oczy wpatrywały się we mnie, a ja nie mogłam się doczekać, kiedy z ich perspektywy zobaczę Ropki i drzewiastą szatę beskidzkich wzgórz. Przez dwa dni patrzyłam więc i przecierałam oczy. Niepostrzeżenie trafiłam do magicznej kuli, w której śnieg sypał, a czas stanął. Kołdra wieczorami całowała w ramiona, a poduszka szeptała o poranku do ucha, opisując to, co czeka na zewnątrz. W mojej bajkowej kuli żył też kominek, któremu w rożżażonym żołądku paliły się drewniane deski. Palące wnętrze osiągało niemal temperaturę mojego serca, które w końcu otrzymało to, czego szukało – spokoju.

Manichatki

Manichatki

Wskazówki zegara były zbyt leniwe, aby zmieniać położenie na tarczy, dlatego z upragnioną lekkością robiłam wszystko, co pojawiało się w mojej głowie. Oddawałam ciężar białemu puchowi i słuchałam jak jego drobinki przytulają się do siebie pod naciskiem stopy. Szukałam ścieżek, znajdywałam błogość. Oprócz tego, na bramce ust postawiłam srogie jury, które do żołądka wpuszczało jedynie najlepsze jedzenie w okolicy. I tym sposobem, beskidzkie popołudnie spędziłam w w Caffe Bistro nad Potokiem, w którym włoskie dania czaruje Tadek. Tadek potrafił też czarować podczas rozmowy i to za sprawą rzuconego przez niego zaklęcia, zjadłam najlepszego dorsza w swoim życiu.

Choć pobyt w Manichatkach był już parę miesięcy temu, wracam do niego myślami spoglądając na otaczającą mnie wiosnę. Wzgórza Beskidu niosą wieść, że u nich także wiosna. Czuję więc, że pora wrócić 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *